sobota, 5 września 2009
Fotki z wodospadu Angel.
Wodospad, zamieszczam go nie pokolei, poniewaz robie to w srodku nocy, kiedy wszyscy mnie namawiaja do korzystania z przyjemnosci zycia zamiast pisania bloga.

piątek, 4 września 2009
Ciudad Bolivar i Canaima
Nie pisalem o przebiegu naszej imprezy sprzed wyjazdu na wodospad. Impreza jak to impreza, zawsze jest podobnie. Jednak trzeba bylo wczesniej kupic jakis alkohol. Otoz pomimo tego, ze Wenezuele spokojnie mozna zaliczyc do trzeciego swiata i ze Ciudad Bolivar jest zapchlona dziura, to pod wzgledem robienia zakupow, moge je tylko porownac z Luksemburgiem. Bowiem tylko w Luksemburgu mialem takie problemy ze znalezieniem zwyklego spozywczaka w centrum miasta. Na ulicach w centrum jest wszystko, mnostwo stoisk, kramow i wszystkiego. Oczywiscie nie sa to sklepy z najlepszymi markami swiata, tak jak to jest w Luksemburgu, jednak mozna kupic w nich odziez, zegarki, kuchnie, itd. Gorzej jest jak chce sie kupic zwykla Cole, badz fajki. Nawet Lukaszek idac ze mna przez miasto napomknal, ze pierwszy raz widzi taka miejscowosc, w ktorej wszedzie blizej jest do zegarmistrza niz po fajki. Tak tutaj jest w rzeczywistosci. Ciekawe jest rowniez to, ze miasto jest pelne ludzi i robi wrazenie niezwykle spokojnego. Wszystko sie jednak zmienia z nadejsciem zmroku, czyli tutaj godziny 18.00. Wszelkie sklepy sa zamykane, stoiska skladane, a zycie na ulicy wymiera. Do tego robi sie ciemno i ponuro, dopiero teraz widac prawdziwe oblicze miasta - obdrapane sciany, watahy krecacych sie psow po okolicy, czy ciemne twarze mijajacych z rzadka przechodniow. Teraz juz tutaj robi sie mniej przyjacielsko niz wczesniej, ale sklep trzeba znalezc. Jak to mowia, Polak potrafi i bez pytania sie o droge, wreszcie trafiamy do sklepu. W prawdzie nie do spozywczaka, ale do monopolowego. Pomimo tego, ze nie ma jeszcze 19.00 alkohol podaje sprzedawca zza kraty. Nie ma mowy o wejsciu do srodka. Robimy tak duze zakupy, ze wszyscy stojacy w kolejce sie niecierpliwia. Potem wracamy do hotelu i rozpoczynamy impreze. Jest juz nawet umowiony koles, ktory w odpowiednim momencie ma nam zrobic tournee po nocnych lokalach. Tyle tylko, ze jak sie na to godzil, to chyba jeszcze nie mial pojecia jak sie bawia Polacy. Koniec koncow, w momencie gdy wszyscy nabralismy ochoty na nocny wypad, naszego przewodnika juz dawno nie bylo w hotelu. Nic to, musielismy wyjsc sami. Andrzej bardzo sie obawial tego wyjscia, ale ulegl naszej presji i postanowil jednak z nami wyskoczyc. Na miescie nie bylo nikogo. Tylko my, nawet psow nie bylo. Nie ma mowy o wzieciu taksowki. Andrzej narzeka na swoja bolaca noge i jako, ze ma juz troche w czubie ciagle domaga sie taksowki. Zlosci mnie tym strasznie, bo wiem, ze to miasto teraz jest jak dzungla, a zatem lepiej nie imformowac nikogo o naszej tutaj obecnosci, trzeba byc cicho. Jakos udalo mi sie wreszcie do tego przekonac Andrzeja. Wiemy jednak, ze daleko nie bedzie mial ochoty isc, wiec zatrzymujemy sie na nabrzezu w celu poczekania na podwozke. Wreszcie zatrzymuja sie miejscowe chlopaki i mowia, ze zawiaza nas na hamburgera, bo jest srodek tygodnia i oferta nocnych klubow jest tutaj mniej niz skromna. Nic, jedziemy zatem na hamburgera. Na miejscu okazuje sie, ze za 10 dolcow serwuja hamburgera niemal jak kolo od traktora. W zyciu nie widzialem czegos podobnego. We czterech nie mozemy mu dac rady, choc wszyscy jestesmy niezle glodni. Wreszcie Lukasz sie przelamuje i wpycha w siebie ostatni kawalek. Kolesie sa wyraznie czyms poddenerwowani. Wreszcie mowia Lukaszowi, ze musimy sie zmywac, poniewaz okolica jest niezwykle niebezpieczna. Lukasz tlumaczy, ze jest to miejsce, w ktorym grasuja gangi, dwudziestu kolesi z palami, jak sie ich spotka, to nie ma czasu na negocjacje. Jedziemy jeszcze do jednego lokalu, zeby sprawdzic slowa naszych przewodnikow, jednak sa tam takie puchy, ze nawet nie zamawiamy piwa, tylko prosto wracamy do hotelu.
Za to w Canaimie, oprocz samego wodospadu Angel, po drodze widzi sie cala mase innych wodospadow, przy korych taki Niagara przypomina raczej ciek kranowy niz prawdziwy wodospad. Kolejnego dnia robimy wycieczke pod inne wodospady. Pod wodospadem Sapo jest zrobione przejscie. Wodospad ten jest szeroki na jakies 50 metrow, mozna przejscie pod nim, poniewaz jest naturalna pulka w skale. Taki spacer robi niesamowite wrazenie. Ogromne ilosci przetaczajacej sie wody kazdej minuty, jej huk, czy wreszcie sam widok pobudza wszystkie zmysly i uswiadamia prawdziwa potege natury. Cos niewiarygodnego. Szkoda, ze mam tak wolny internet i nie moge zamiescic fotek, bo moze choc troche przyblizylyby Wam to, o czym pisze.
Dzis natomiast byla tylko kapiel w jeziorze, byczenie sie na plazy. Popijanie piwka i czekanie na samolot. Z Ciudad Bolivar udajemy sie do Puerto de la Cruz, a stamtad do jakiejs wioski, na wybrzeze karaibskie.
Salto Angel
Zaczelo sie od tego, ze zarekwirowano nasze trunkowe zapasy na lotnisku. Rozwscieczyli mnie tym bardzo, glownie dlatego, ze z okazji konca podrozy przestalismy oszczedzac i zakupilismy duzo przedniejszy alkohol niz to drzewiej bywalo. Te matoly z obslugi celnej jak to zobaczyly, to oczywiscie nie bylo zadnej dyskusji, rekwiruja i koniec. Mowi sie trudno, jednak nastroj mialem minorowy. Wchodze do tej awionetki, ktora sie okazal stary samolot Cesna. Moze do niego wejsc 7 osob plus pilot. Przypada mi miejsce na samym koncu, nie jest najgorzej, ale zartuje, ze wolalbym siedziec na miejscu drugiego pilota. Nie ma z nami Lukasza, nie rozumiem o czym gadaja obaj piloci, jednak odnosze wrazenie, ze dziadek uczy mlodego latania. Nie podoba mi sie to i zaczynam odczuwac lekki niepokoj. Wreszcie odpalamy silnik i wjezdzamy na pas startowy. Po kilku minutach samolot sie zatrzymuje i dziadek mowi, ze tyl jest za ciezki i musimy przeniesc nieco bagazu do przodu. Ok, wracamy, zmieniamy nasze usadowienie wedlug instrukcji dziadka. Ten jednak nadal kreci glowa i mowi, ze cos nie gra. Wreszcie decyduje, ze sam zostanie na miejscu, a mnie sadza na swoje miejsce obok pilota. Mozecie sobie wyobrazic moja ekscytacje. Odrazu lapie za ster i chce, zeby mi zrobili zdjecie. Mlody pilot patrzy z przerazeniem i blaga, zebym tego wiecej nie robil. Moje szczescie ze zdobytego miejsca jest tak duze, ze juz nawet nie oponuje.
Lot jest fantastyczny. Leci sie na niewysokim pulapie. Mozna widziec ogrom rzeki Orinoko pod soba, ktora z gory wyglada niemal jak ocean a nie rzeka. Mozna takze obserwowac pobliskie tepui i niesamowite polacie zielonej dzungli pod nami. Lot trwa godzine i 10 minut. Cesna porusza sie z predkoscia 120 mil na godzine i ma srednie spalanie 18 galonow na godzine. Ma dwa baki po 40 galonow, wiec latwo policzyc, ze na luzie moze robic czterogodzinne loty. Nieco mnie to wszystko uspokaja, jak do tego dochodze z informacji odkodowanych ze wskaznikow przed soba. A pierwsza ionformacja na jaka trafilem na desce rozdzielczej byl licznik wylatanych godzin, ktory pokazywal niemal 4000, co wydalo mi sie bardzo duza iloscia jak na taki samolot. Pilotaz takiego malenstwa nie wydaje sie byc niczym nader skomplikowanym, chociaz jak wyobrazilem sobie jak gasnie jedyny silnik, jaki posiada ten samolot, to poczulem sie nieco nieswojo i odrazu uswiadomilem sobie fakt, ze nie chce byc pilotem:)
Dolecielismy do Canaimy, malego miasteczka w srodku dzungli. Tutaj krotkie spotkanie organizacyjne i wsiadamy do lodzi, zeby jeszcze tego samego dnia dotrzec pod wodospad. Zle zrozumialem przewodnika i podroz strasznie mi sie dluzyla. Bylem przygotowany na godzine podrozy, a okazalo sie, ze plyniemy prawie cztery. Do pokonania mielismy jakiesc 80 kilometrow lodzia pod prad. Lodz bez dachu, lawki drewniane, dupsko boli jak nie wiem, a tutaj nie bardzo jest jak zmienic pozycje. Prad rzeki jest bardzo silny i co chwile grozi nam wywrotka. Przewodnik wczsniej poinformowal nas o tym, zebysmy zostawili w obozie wszystkie cenne rzeczy, bo mozemy sie wywrocic i je stracic. Wydawalo mi sie to zwyczajnym pieprzeniem pod turystow dla podgrzania atmosfery. Szybko okazalo sie jednak, ze tak nie jest, bo juz w drodze na lodz Lukaszek opowiadal, ze jego kumpel, jak tu byl, to zaliczyl wlasnie taka wywrotke. Prad jest naprawde silny, po drodze jest wiele glazow, droge trzeba znac doskonale, jezeli sie nie chce rozbic lodzi. Mniej wiecej w polowie dopada nas tropikalny deszcz. Mam niesamowitego pecha, bo przez prawie dwa miesiace podrozy tachalem ze soba dosc ciezkie wojskowe ponczo - nie przydalo mi sie ani razu. Teraz pierwszy raz postanowilem go nie zabierac, jako, ze deszcz wydal mi sie malo realny. Przemoklem do suchej nitki. Zdjalem spodnie i wlozylem je pod kamizalke ratunkowa ale na nic sie to zdalo. Deszcz w tropiku po prostu trzeba zobaczyc, nie przypomina on deszczu tylko raczej lanie calymi wiadrami wody z gory. Nieraz jest taka sciana wody lecaca z nieba, ze nawet nie mozna zobaczyc co jest kilka metrow dalej. Jakos to jednak trzeba bylo przetrwac, a poza tym pocieszajaca dla mnie byla mysl, ze potem bedzie co wspominac. Lukaszek wyglada na zmeczonego podroza, wiec mowie mu, zeby sobie wyobrazil, ze taka lodzia mamy plynac przez 12 dni. Wreszcie jest koniec tej podrozy, a na miejscu w obozie ognisko przy ktorym mozna wysuszyc rzeczy. Przy tym ognisku przygotowywane sa dla nas kurczaki w ciekawy sposob. A mianowicie sa nabite na patyki, ktore skolei sa wbite pod kontem w ziemie. Nigdy wczesniej tego nie widzialem, bede musial wyprobowac to na skalkach, bo kurczaki potem smakuja wysmienicie.
Na sam wodospad musimy wstac wczesnie rano, o 3.50. Nie cierpie tak rano wstawac i pomysl wydaje mi sie poroniony, jednak wstaje sie tak wczesnie zeby zobaczyc wodospad bez mgiel. Trzeba w nocy przeplynac rzeke i idzie sie w gore przez dzungle ponad godzine. Jestem wkurzony, bo mysle, ze idziemy na wschod slonca, a z doswiadczenia wiem, ze taki wschody sa do dupy. Jednak okazuje sie to trafna decyzja. Co prawda wschod slonca dopada nas jeszcze w dzungli, jednak sam wodospad jest przepiekny. Mamy szczescie, ze padalo, bo z gory wali sie niesamowita ilosc wody. Poza tym w miare jak slonce wstaje tworzy sie niesamowita tecza. Przepiekne barwy, tecza jest ogromna, nie mowiac o samy wodospadzie. Nie spodziewalem sie, ze jest tak piekny. W tej podrozy moge go porownac tylko z Choquequirao, ktore zrobilo na mnie tak niesamowite wrazenie. Szkoda, ze czas podziwnia wodospadu jest ograniczony, moglbym sie gapic na niego przez caly dzien. Jego wysokosc to 984 metry. Niestety jest zbyt duzo wody, zeby sie pod nim kapac. Byloby to zbyt niebezpieczne, dlatego na kapìel jedziemy pod inny wodospad. Ale o tym w dalszej relacji. Zdjec zrobilem cala mase, jednak pisze z Canaimy, w ktorej jest tylko jeden internet. Oczywiscie niesamowicie wolny, dlatego nie mam mozliwosci zamieszczenia nawet jednej fotki.
wtorek, 1 września 2009
Ciudad Bolivar
Architektura miasta.

Takie sie tutaj lowi ryby
Slynna rzeka Orinoko w tle!
Andrzej od lewej, w srodku Ania a po prawej jej maz Andrzej.

A tak stloczeni dzis jechalismy, niestety nie bylo wystarczajaco miejsca do zrobienia dobrego zdjecia, ale w rzeczywistosci na tylnym siedzeniu bylo piec osob, bo z lewej strony siedzi jeszcze Andrzej a na nas lezy Krzysiek.
Po calonocnej podrozy dotarlismy do tego miasta. Nie jest ono niczym szczegolnym i pewnie zaden turysta by tutaj nigdy nie zajrzal, gdyby nie fakt, ze stanowi baze wypadowa do najwyzszego wodospadu swiata jakim jest Wodospad Angel. A przeciez nie mozna byc w Wenezueli i nie zobaczyc tego wodospadu. Wycieczki nad ten prawdziwy cud natura sa niezwykle drogie, poniewaz trzeba wynajac awionetke, aby w miare szybko do niego dotrzec. Inna opcja, to wyprawa przez dzungle, ktora pochlonelaby 10 dni i rowniez mase forsy. My juz nie mamy 10 dni, wiec musimy wybrac opcje z awionetka.
W Wenezueli juz nie nazywaja glownych placow w miescie Plaza de Armas. Tutaj takie place nazywane sa Plaza de Bolivar, na czesc najwiekszego wodza wszech czasow, ktory wyzwolil cala Ameryke spod wladzy okrutnych ciemiezycieli. Bolivar tutaj jest niezwykle powazany. Do tej pory jest tak, ze jezeli ktos planuje jakis zamach stanu lub inna tego typu afere, to oglasza sie nastepca samego Bolivara, aby zdobyc jak najwiecej sprzymierzencow.
Po przyjezdzie do miasta Lukaszek odrazu zorganizowal taksowke. Facet mial 24-letniego Forda Granada - swietna maszyna. Na pytanie Lukasza o to, czy da rade zabrac wszystkich na raz, odpowiedzial – zobaczymy. Spodobalo mi sie jego podejscie do sprawy, z reszta naszym wspoltowarzyszom podrozy tez. Okazalo sie, ze zmiescilismy sie na luzie do tego cacka, jeszcze nawet mielismy miejsce na wziecie lebkow z ulicy. Jednak, jak to na porzadnego taksowkarza przystalo, nasz juz nam tego nie proponowal.
Niestety z uwagi na fakt, ze kierowca naszego nocnego autobusu, albo z powodu zmeczenie albo nieznajomosci trasy ciagle ja gubil, do celu dotarlismy z ponad 3 godzinny opoznieniem. Zatem, na miejscu okazalo sie, ze nie mozemy znalezc lotu na ten sam dzien. W koncu sie to jakos udalo, jednak kolektywnie postanowilismy pozostac jeden dzien w tym fantastycznym miescie i dlatego mam teraz czas, aby nadrobic postowe zaleglosci.
Plan na dzis jest prosty, najpierw zwiedzanie, potem zakupy i wieczorna zabawa. Oj, czuje, ze dzisiaj sie niezle zabawimy, bo to przeciez koncem podrozy zapachnialo. Trzeba jacos o tym zapomniec a sposob jest tylko jeden:)
Jak to dobrze, ze znalazlem szybkiego neta, bo tak z fotek bylyby nici. Na poprzednim juz myslalem, ze sie wykoncze. Mam nadzieje, ze to docenicie i bedziecie trzymali za mnie kciuki, zeby chlopaki nie wykonczyli mnie podczas dzisiejszej biesiady:)
W Wenezueli juz nie nazywaja glownych placow w miescie Plaza de Armas. Tutaj takie place nazywane sa Plaza de Bolivar, na czesc najwiekszego wodza wszech czasow, ktory wyzwolil cala Ameryke spod wladzy okrutnych ciemiezycieli. Bolivar tutaj jest niezwykle powazany. Do tej pory jest tak, ze jezeli ktos planuje jakis zamach stanu lub inna tego typu afere, to oglasza sie nastepca samego Bolivara, aby zdobyc jak najwiecej sprzymierzencow.
Po przyjezdzie do miasta Lukaszek odrazu zorganizowal taksowke. Facet mial 24-letniego Forda Granada - swietna maszyna. Na pytanie Lukasza o to, czy da rade zabrac wszystkich na raz, odpowiedzial – zobaczymy. Spodobalo mi sie jego podejscie do sprawy, z reszta naszym wspoltowarzyszom podrozy tez. Okazalo sie, ze zmiescilismy sie na luzie do tego cacka, jeszcze nawet mielismy miejsce na wziecie lebkow z ulicy. Jednak, jak to na porzadnego taksowkarza przystalo, nasz juz nam tego nie proponowal.
Niestety z uwagi na fakt, ze kierowca naszego nocnego autobusu, albo z powodu zmeczenie albo nieznajomosci trasy ciagle ja gubil, do celu dotarlismy z ponad 3 godzinny opoznieniem. Zatem, na miejscu okazalo sie, ze nie mozemy znalezc lotu na ten sam dzien. W koncu sie to jakos udalo, jednak kolektywnie postanowilismy pozostac jeden dzien w tym fantastycznym miescie i dlatego mam teraz czas, aby nadrobic postowe zaleglosci.
Plan na dzis jest prosty, najpierw zwiedzanie, potem zakupy i wieczorna zabawa. Oj, czuje, ze dzisiaj sie niezle zabawimy, bo to przeciez koncem podrozy zapachnialo. Trzeba jacos o tym zapomniec a sposob jest tylko jeden:)
Jak to dobrze, ze znalazlem szybkiego neta, bo tak z fotek bylyby nici. Na poprzednim juz myslalem, ze sie wykoncze. Mam nadzieje, ze to docenicie i bedziecie trzymali za mnie kciuki, zeby chlopaki nie wykonczyli mnie podczas dzisiejszej biesiady:)
Wiecej fotek z Roraimowej przygody!
Tak rowniutko jestem teraz opalony, a najgorsze jest to, ze nie bardzo bede mial czas nadrobienia opalenizny na Karaibach. Lukaszek pociesza mnie, ze przeciez w Polsce istnieja jeszcze solaria.
W ostanim obozie po zejsciu ze szczytu, ktory widac w tle.
To jeszcze na szczycie!
Fotki z wejscia na Roraime!
Latajacy zolw!
Pod koniec drogi wejsciowej
Roraima
Juz jestem po szesciodniowej wycieczce na najwyzsze Tepui, czyli Roraime. Wycieczka okazala sie zwykla zabawa, poniewaz czasy dziennych przejsc sa raczej przystosowane pod dziadkow a nie mlodych chlopakow. Skutkiem tego mielismy kupe czasu na cieszenie sie widokami, miejscowa przyroda, itd. Po odbyciu tej wycieczki nastepnym razem zorganizowalbym to zupelnie inaczej, tzn. szesciodniowa zamienil na pieciodniowa, z nastepujacymi zmianami. Otoz na samo wejscie korzystniej jest poswiecic dwa zamiast trzech dni. Lepiej jest tez wygospodarowac dwa dni na zwiedzanie samego szczytu, poniewaz jeden dzien to stanowczo za malo, a na sam powrot wystarczy jeden dzien. Pisze o tym, bo moze ktos z czytelnikow sie tam wybierze i skorzysta z tych rad. Jednak musze zaznaczyc, ze poprawki te wymagaja od ekipy dobrej kondycji fizycznej, wtedy wycieczka stanie sie o wiele wiekszym wyzwaniem niz jest w zwyklej turystycznej ofercie.
Co do samego miejsca to uwazam, ze nalezy je zaliczyc do pozycji obowiazkowych w programie zwiedzania Wenezueli. Poza samym faktem, ze Tepui sa najstarszymi gorami swiata, a Roraima jest najwyzsza z nich i nalezy do nielicznych na ktore mozna wejsc turystycznie, to na samym szczycie jest iscie ksiezycowy krajobraz, ktory po prostu powala z nog. Roslinnosc tutaj wystepujaca, z reszta cala faune i flore, w 60% stanowia endemiczne gatunki. Nie jestem botanikiem, ani jakims specjalista w tej tematyce, wiec to nie wzbudzalo mojego zachwytu. Jednak sam szczyt jest powalajac. Gora ma powierzchnie kilkudziesieciu kilometrow kwadratowych, po jej powierzchni nie mozna chodzic bez przewodnika, poniewaz bardzo latwo stracic orientacje. Widoki sa wszedzie podobne, krajobraz skalisty. Formy wystepujacych tutaj skal niesamowite. Uwazny obserwator, posiadajacy nieco wyobrazni moze tutaj dostrzec praktycznie wszystko, od twarzy indianina, przez latajace zolwie, po wszelakie inne motywy.
Co do samego miejsca to uwazam, ze nalezy je zaliczyc do pozycji obowiazkowych w programie zwiedzania Wenezueli. Poza samym faktem, ze Tepui sa najstarszymi gorami swiata, a Roraima jest najwyzsza z nich i nalezy do nielicznych na ktore mozna wejsc turystycznie, to na samym szczycie jest iscie ksiezycowy krajobraz, ktory po prostu powala z nog. Roslinnosc tutaj wystepujaca, z reszta cala faune i flore, w 60% stanowia endemiczne gatunki. Nie jestem botanikiem, ani jakims specjalista w tej tematyce, wiec to nie wzbudzalo mojego zachwytu. Jednak sam szczyt jest powalajac. Gora ma powierzchnie kilkudziesieciu kilometrow kwadratowych, po jej powierzchni nie mozna chodzic bez przewodnika, poniewaz bardzo latwo stracic orientacje. Widoki sa wszedzie podobne, krajobraz skalisty. Formy wystepujacych tutaj skal niesamowite. Uwazny obserwator, posiadajacy nieco wyobrazni moze tutaj dostrzec praktycznie wszystko, od twarzy indianina, przez latajace zolwie, po wszelakie inne motywy.
My mielismy rozne atrakcje podczas wejsci, od opowiesci Lukasza o FARC, kartelach narkotykowych i historii Ameryki Lacinskiej po konsumowanie wysmienitych dan przygotowanych przez Mirasol. Smialo moge powiedziec, ze jeszcze nigdy w zyciu nie bylem na tego rodzaju wycieczce, na ktorej serwowanoby tak wysmienite posilki. Jednak najwieksza atrakcja byly marsze, poniewaz odleglosci nie byly zabojcze sprawialo mi nieco satysfakcje coraz to mocniejsze srubowanie wlasnego tempa i pokonywanie poszczegolnych odcinkow w jak najkrotszym czasie. I tak moje przejscia na poszczegolnych odcinkach:
- do obozu pierwszego 3h - tempo lightowe
- do obozu drugiego - 2h - tempo mocne
- wejscie na szczyt - 2h30´- tempo mocne
- wycieczka do triplu point, potem do hotelu po brazylijskiej stronie, ktory jest niecale pol godziny za punktem trzech granic i powrot z dwoma postojami na posilek - 6h50´ - tempo mocne plus.
- zejscie ze szczytu 1h30´ - w umiarkowanie mocnym tempie.
- dojscie do obozu drugiego - 1h15´- tempo bardzo mocne.
- dojscie do bazy - 2h - tempo bardzo mocne.
Czasy te podalem wylacznie orientacyjnie dla przyszlych osob odwiedzajach te gore. Moze to uswiadomi Wam potrzebe poczynienia choc drobnych zmian w zaoferowanym programie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)