To co tu zobaczylem przeroslo moje najsmielsze oczekiwania. Bieda, tlum ludzi, stragany ze wszystkimi towarami swiata, Azja wrecz moze pozazdroscic takiego miejsca. Zdjecia mysle, ze nie oddadza w pelni klimatu tego miejsca, jednak uwierzcie mi, ze w takim miejscu czuje sie prawddziwa egzotyke. Jest tez bardzo niebezpiecznie, nasz przewodnik zatrudnil az czterech policjantow do naszej obstawy. Belem jest najbiedniejsza czescia Iquitos, miasta ktorego czasy swietnosci juz dawno minely. Co ciekawe w czasie pory deszczowej wiekszosc dzielni9cy jesty zalana, dlatego mozna sie po niej poruszac tylko lodziami tak jak w Wenecji, z ta tylko roznica, ze dzielnica ta daleko odbiega swoim standartem od weneckich klimatow.
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
środa, 12 sierpnia 2009
Iquitos
To jeszcze Lima i Pacyfik w tle.
Musem Broni - bylo co ogladac!
Mozna zjesc sniadanko niemal z paszczy krogodyla.
Postanowilem sie przebranzowic i zamiast byc prawnikiem zostac kierowca tuktuka!
Dzis musielismy naprawde rano wstac na samolot, jeszcze nie do konca wydobrzalem po imprezie dnia poprzedniego, co zaskutkowalo tym, ze zapomnialem wyjac swojego sprezynowca z kieszeni. Po odprawie bagazowej dopiero sie skapowalem, ze nadal mam go przy sobie. Schowalem go zatem w sekretne miejsce mojego podrecznego plecaka. Nie wiem co ja mam takiego w sobie, ale bardzo rzadko jest tak, ze nie jestem poddawany skrupulatnej kontroli. Tym razem tez sie nie moglo obyc bez takiej kontroli. Moj plecak baba przeszukiwala trzy razy, dwa razy przerzucala go przez skaner az dokopala sie do mojego przeslicznego sprezynowca. No coz, teraz bedzie cieszyl kogos innego, a szkoda bo troche sie do niego przywiazalem.
Zaczelo sie zatem kiepsko ale potem bylo juz tylko lepiej. Pierwszy raz w zyciu lecialem samolotem, ktory ma przystanek na swej drodze. Ten przystanek to Pucalpa. W miescie tym samolot laduje, niektorzy ludzie wysiadaja, inni sie dosiadaja i leci dalej do Iquitos. To co zobaczylem w Iquitos to najmniejsze lotnisko jakie widzialem w zyciu, a Lukasz mowi, ze jeszcze niedawno temu mieli bezposrednie polaczenie z Mimi w Stanach. Jest jeden maly budynek, jeden pas transmisyjny do odbierania bagazu., wszystko na malej przestrzeni. Widzi sie jak wyjmuja bagaze z samolotu, pakuja na samochod, a potem na pas, a mimo to i tak zdolali oskubaj jedna z kieszeni plecaka podrozujacego z nami Andrzeja. Peru to strasznie zlodziejski kraj, duzo bardziej niz Boliwia, choc Peru jest bogatsze a w Boliwii miejscowi czesto zabijaja zlapanego zlodzieja, to pòdobno i tak wielu Peruwianczykow wyjezdza do Boliwii w celu trudnienia sie zlodziejskim procederem.
Iquitos to fantastyczne miasto. Przywitalo nas slonce i goraco. Po ulicach jezdzi mnostwo tuktukow, troche przypomina mi to Azje. Tutaj jest zupelnie inaczej niz we wszytkich miejscach jakie do tej pory widzialem, jest o wiele bardziej egzotycznie. Tutaj juz w samym miescie czuc przedsmak przygody. To niesamowite jak wielki jest to kraj i jak bardzo rozny. Iquitos lezy nad sama Amazonka, mieszka w nim 400 tys. ludzi. Kiedys, w czasach boomu kauczukowego miasto to przezywalo czasy swojej swietnosci. Podobno miejscowi baronowie kauczukowi, mieli tyle kasy, ze nawet swoje pranie wysylali statkami do Paryza. Sprowadzili z Paryza jeden dom, ktory jest wykonany z zelaza i miesci sie w Centrum miasta. W cale nie ma tak duzo turystow, a miasto pomimo swej ujmujacej egzotyki robi wrazenie spokojnej miesciny. Jest to najwieksze na swiecie miasto, ktore nie ma polaczenie ladowego z innymi miescinami, mozna tu tylko przyplynac albo przyleciec.
Ustalilismy juz trekking do dzungli. Mamy bardzo ciezki program, ale dobrego przewodnika, ktory zabiera dwoch pomocnikow. Zobaczymy, jeszcze nigdy nie bylem w dzungli a ustalilismy ciezka trase i program. Facet mowil, ze ostatni raz taka trase robil jedenascie lat temu, ma niesamowite rekomendacje, podobno najlepszy przewodnik w Iquitos, realizowal wyprawy dla samego National Geographic. Kosztuje taka przyjemnosc kupe kasy, jednak mam nadzieje, ze wroce z przeswiadczeniem przezycia prawdziwej przygody. A zatem kolejnego posta zamieszcze pewnie dopiero za piec dni po swoim powrocie, trzymajcie za mnie kciuki po raz kolejny, bo cos sie dziwnie czuje, tak jakby nieco podziebiony, mam tylko nadzieje ze to nie swinska grypa, bo ta rozpanoszyla sie tutaj na dobre i codziennie niesie za soba zniwo ofiar smiertelnych.
Acha, Iquitos ma tez piekny polski akcent, poniewaz tutaj mieszkal slynny Stan Tyminski, ktory zalozyl telewizje kablowa, zrobil na niej niezly majatek. Mial zone Peruwianke, mieszkal tutaj i pracowal przez pietnascie lat, a dzieki telewizji jest ubostwiany przez Peruwianczykow. Pamietacie wybory prezydenckie z Tyminskim? Jak telewizja w obliczu powaznego zagrozenia wygrania przez tego faceta wyborow puscila godzinny material o Tyminskim, ze niby mial bic i maltretowac swoja zone. Tymiski po tym materiale poniosl z Walesa sromotna porazke, a potem po trwajacym 6 lat procesie, okazalo sie, ze material przedstawiony wtedy w telewizji byl falszywy. Tyminskiego za to bardzo grzecznie przeproszono i sprawa sie skonczyla. Ciekawy gosc i ciekawa biografia!
Czujnosc!
Lukszek postanowil wreszcie wyczyscic swoje buty.

Soki sa fantastyczne!


Soki sa fantastyczne!
Plaza de Armas nie umywa sie do tego z Cuzko, czy Arequipy!
Katakumby - pierwszy publiczny cmentarz w Limie.
Glowna ulica w Centru, taki ichniejszy deptak.
Bede musial sie nauczyc latac czyms takim i kupic sobie takie skrzydlo!
Lima mi dala lekcje zycia. Nigdy nie nalezy tracic czujnosci!!!
Miasto jest ogromne i bardzo roznorodne. Co ciekawe, ma bardzo zaniedbane centrum. Wszystkie wazne instytucje wraz z dzianymi ludzmi przeniosly sie do dzielnicy MIRAFLORES lezacej nad samym Pacyfikiem. My tez postanowilismy sie tam przeniesc ostatniego dnia. Dzielnica jest imponujaca, strzezone osiedla, drogie zachodnie hotele, dobre samochody na ulicy, drogie sklepy, innymi slowy wszytko to co jest w Europie. Niemal mozna zapomniec o tym, ze jest sie w Peru, nawet ludzie sa inaczej ubrani, usmiechnieci, a na ulicach widzi sie tylko drogie samochody. To niesamowite, ze wystarczy zmienic dzielnice w miescie, zeby ujrzec zupelnie inny swiat.
Wreszcie odebralismy z lotniska naszych wspoltowarzyszy podrozy, teraz nas jest siedmioro. Plan zwiedzania miasta byl dosc napiety. Bylismy w Muzeum Inkwizycji, Katedrze na Plaza de Armas, Muzeum Broni i Muzeum Zlota. To muzeum broni jest podobno najlepsze na swiecie i rzeczywiscie zrobilo na mnie wrazenie, zatem jest to pozycja ktora warto zaliczyc w tym miescie. Co do muzeum zlota, to pomijajac sam fakt afery sprzed killku lat z nim zwiazenej (otoz odkryto, ze ponad 90% znajdujacych sie tam eksponatow to falsyfikaty, oryginaly nie wiadomo gdzie sa, bo na przestrzeni lat, obsluga muzeum skutecznie je uplynnila) po prostu mnie rozczarowalo, nie ma w nim nic ciekawego. Jednak chcac zwiedzic muzeum broni musimy kupic tez bilet do muzeum zlota, wiec jest to pozycja obowiazkowa.
Sama Lima nie zrobila na mnie oszalamiajacego wrazenia. Miasto jest pograzone caly czas w chmurach. Nie wiem z czego to wynika, jednak w miescie w ogole nie ma slonca i podobno tak jest przez wiekszosc czasu w roku. Tak jakby cale miasto bylo zasnute smogiem. Nie sprzyja to robieniu dobrych zdjec. Jednak nie przeszkadza w nocnym spozywaniu wyskokowych trunkow, jako, ze noce w Limie sa takie same jak wszedzie indziej.
Nie pamietam juz czy pisalem o muzyce i tym jak istotna role ona odgrywa w zyciu latynosow. Otoz niemal kazdy czlowiek mieszkajacy w gorach, czy po nich wedrujacy posiada wlasne radio. Niekiedy wydaje sie, ze Ci ldzie nie posiadaja naprawde nic, ale radio zawsze musza miec. Czesto jest bardzo stare, duze, rozklekotane, niewygodne do noszenia, ale ma zaladowane baterie i gra, a przeciez to jest najwazniejsze. Radio i muzyka to podstawa dla tych ludzi.
niedziela, 9 sierpnia 2009
LIMA
Jestem juz w tej 8 milionowej metropolii. Po dwudziestogodzinnej jezdzie autobusem. Po raz kolejny zycie pokazalo mi jakim jestem farciarzem. Troche sie zasiedzialem wczoraj na necie, a Anna chciala jeszcze isc na targ pokupowac jakiesc souveniry. W koncu na terminalu wyladaowalem przed 17.00. Na miejscu okazalo sie, ze juz nie ma zadnych biletow do Limy na dzis. Anna do La Paz jak najbardziej moze jechac, ale ja o wyjezdzie moge zapomniec. Bylo mi nie tylko szkoda tego dnia, ale perspektywa powrotu do tego samego hotelu - nikt chyba nie lubi zawracac. Poza tym jutro odbieramy nasz wspoltowarzyszy, wiec wartoby bylo byc wypoczetym. Mysle tak nad tym wszystkim, kiedy podchodzi facet i przedstawia mi Szwajcara, ktory nalezy do czteroosobowej grupy. Mowi, ze niestety stracili paszport i musi zostac w Cuzco jeden dzien dluzej, dlatego jesli chce moze mi odstapic swoj bilet. Bilet ma szwajcarska cene, jednak coz mi pozostalo. Szybka decyzja, bo odjazd autobusu za 10 minut. Anna biegnie kupic mi bilet podatkowy, tzn. zeby wyjsc w Peru w ogole w miejsce postoju autobusow trzeba miec odrebny bilet kupiony w odrebnej kasie, obowiazuje wszystkich bez wyjatku i kosztuje 1.5 zl. Takie sa tu zwyczaje. Szybko zegnam sie z Anna i siedze w pieknym peruwianskim autobusie. Szwajcarzy jednak podrozuja z klasa, bo na pokladzie tak jak w samolocie serwuja cieply posilek, napoje, a rano sniadanko.
Nie wiem, czy wczesniej pisalem o moim taksowkowym spostrzezeniu. Otoz w Peru jest chyba w kazdej miejscowosci wiecej taksowek niz zwyklych samochodow. Oczywiscie wiekszosc z nich jezdzi nieoficjalnie, a taki znaczek do oznaczania taksowki moze sobie kupic kazdy. Dlatego tak wazna jest kwestia bezpieczenstwa, np. Annie zabroniono w ogole korzystania z taksowek, moze tylko z tych oficjalnych na telefon, jednak one kosztuja o wiele drozej niz te nieoficjalne. Taki paradoks, bo niby kraj trzeciego swiata, w ktorym w dalszym ciagu istnieje zawod pucybuta, a z drugiej strony wszyscy jezdza taksowkami. Taki przejazd kosztuje roznie od poltora dolara w zwyz, w zaleznosci od kursu, miasta i pory w jakiej sie jedzie. Jednak co jest najwazniejsze nie wyobrazam sobie zeby w centrum jakiegokolwiek wiekszego tutejszego miasta ktos spedzil wiecej niz 5 sekund na zalapanie taksowki.
Dzis niestety wybralem sie w miasto z Lukaszem bez aparatu, zatem pewnie jakies fotki z miasta zamieszcze dopiero jutro. A pro po, Lukaszek wszedl w posiadanie bardzo ciekawych materialow dotyczacych produkcji bialego proszku. Wiemy juz na ten temat wszystko! Jesli ktos z Was chcialby rozpoczac praktyke kuriera w naszej nowo otwartej agencji to serdecznie zapraszamy. Warunkiem jest posiadanie pustego i pojemnego zaladka, chec poznania swiata, otwarcie na nowych ludzi i szerokie kontakty. ATRAKCYJNE WYNAGRODZENIE!!!
piątek, 7 sierpnia 2009
Zakonczenie wspolnej przygody!
Kilka miniaturek z Cuzco






Zakonczyla sie nasz wspolna przygoda, czas na powrot do Cuzco i rozstanie z Anna. Nie jest latwo tak sie z kims rozstac po trzech tygodniach wspolnej wloczegi. Jednak dobrze sie nam razem podrozowalo, wiec liczymy na to, ze jeszcze kiedys sie razem gdzies powloczymy. Poza tym ja zapraszam ja do naszej pieknej stolicy, a Anna obiecuje zorganizowac jakis porzadny balet w Pradze.
Inka chyba postanowil wynagrodzic Annie wysilek poniesiony podczas trekkingu, poniewaz w drodze powrotnej do Cuzco Anna znalazla na torach nowiutki, swietny telefon Samsunga. Jeszcze mnie nieco kusilo, zeby z niego zadzwonic do Polski, ale pomyslalem sobie ze juz sama zguba takiego cacka musi byc dla kogos wystarczajaco bolesna, wiec wspanialomyslnie odpuscilem mu dalsze naciaganie.
Bo musicie wiedziec, ze jak ktos chce przyoszczedzic na mega drogim bilecie, to musi zasuwac 10 km torami z pelnym ekwipunkiem, a potem tluc sie miejscowymi srodkami transportu po zabitych dechami peruwianskich wiochach do Cuzco. Jednak jest to nielada doswiadczenie, bo wioski sa przepieknie polozone, a droga wiedzie przez gory i jak kazda tutejsza droga przypomina boliwijska DROGE SMIERCI.
W powrotnej drodze jedziemy z miejscowym, ktory opowiada, ze wielu turystow zeni sie w tutejszej okolicy z miejscowymi dziewczynami i zabieraja je za granice. On tez poznal turystke z ktora chcial sie ozenic, jednak ta zginela spadajac w przepasc podczas trekku do Machu Pichcu.
Znow jestesmy w Cuzco. Jakiez to jest wspaniale miasto. Aby uczcic nasz sukces wybralismy sie z Anna do lepszego niz zazwyczaj lokalu. Anna mnie pyta co bede pil. Patrze w menú i jako rzadki bywalec lokali i tak nie wiem co sie kryje pod poszczegolnymi nazwami. W koncu wybieram Cuba Libre, jako, ze nazwa mi sie podoba. Anna wybucha smiechem i mowi, ze to przeciez rum z cola, czyli to co pije tutaj caly czas. Ach tak, mnie tez rozbawia ten niesamowity zbieg okolicznosci mojego wyboru. Jednak faktycznie rumu z cola mam juz dosc, zamawiam wiec to co Anna. Smakuje okropnie, dlatego juz chyba bede skazany na Cuba Libre do konca tej wycieczki.
Mam jeszcze rum, ktory pozostal mi z trekkingu. Wspinamy sie do hotelu, ktory polecil nam Lucas i w ktorym zostawil rzeczy. Hotel ten jest polozony dosc wysoko. Nie moge zrozumiec jak Lukasz mogl wybrac tak wysoko polozony hotel. Juz wczesniej zwrocilem na to uwage, ale az tak bardzo mi to nie przeszkadzalo, bo nie bylem tez tak bardzo zmeczony. Dopiero kiedy trafiam na hotelowy taras rozumiem trafnosc wyboru. Widok calego miasta jest oszalamiajacy, a szczegolnie Plaza de Armas, ktora lezy jak na dloni robi piorunujace wrazenie. Postanawiam dokonczyc rumik na tarasie, choc do Cuzco powrocila zima i jest cholernie zimno. Anna po swoich dotychczasowych doswiadczeniach z rumem rezygnuje z tej przyjemnosci. Na dachu spotkala mnie watpliwa przyjemnosc doswiadczenie pedalskiego podrywu, poprzez uslyszenie tekstu:
- It was the most amazing noise that I´ve ever heard!
pod adresem krokow mojego przyjscia. Na szczescie adorator stal na dacha sasiedniego hotelu i wobec braku zainteresowania z mojej strony szybko sie ulotnil.
Zakonczyla sie nasz wspolna przygoda, czas na powrot do Cuzco i rozstanie z Anna. Nie jest latwo tak sie z kims rozstac po trzech tygodniach wspolnej wloczegi. Jednak dobrze sie nam razem podrozowalo, wiec liczymy na to, ze jeszcze kiedys sie razem gdzies powloczymy. Poza tym ja zapraszam ja do naszej pieknej stolicy, a Anna obiecuje zorganizowac jakis porzadny balet w Pradze.
Inka chyba postanowil wynagrodzic Annie wysilek poniesiony podczas trekkingu, poniewaz w drodze powrotnej do Cuzco Anna znalazla na torach nowiutki, swietny telefon Samsunga. Jeszcze mnie nieco kusilo, zeby z niego zadzwonic do Polski, ale pomyslalem sobie ze juz sama zguba takiego cacka musi byc dla kogos wystarczajaco bolesna, wiec wspanialomyslnie odpuscilem mu dalsze naciaganie.
Bo musicie wiedziec, ze jak ktos chce przyoszczedzic na mega drogim bilecie, to musi zasuwac 10 km torami z pelnym ekwipunkiem, a potem tluc sie miejscowymi srodkami transportu po zabitych dechami peruwianskich wiochach do Cuzco. Jednak jest to nielada doswiadczenie, bo wioski sa przepieknie polozone, a droga wiedzie przez gory i jak kazda tutejsza droga przypomina boliwijska DROGE SMIERCI.
W powrotnej drodze jedziemy z miejscowym, ktory opowiada, ze wielu turystow zeni sie w tutejszej okolicy z miejscowymi dziewczynami i zabieraja je za granice. On tez poznal turystke z ktora chcial sie ozenic, jednak ta zginela spadajac w przepasc podczas trekku do Machu Pichcu.
Znow jestesmy w Cuzco. Jakiez to jest wspaniale miasto. Aby uczcic nasz sukces wybralismy sie z Anna do lepszego niz zazwyczaj lokalu. Anna mnie pyta co bede pil. Patrze w menú i jako rzadki bywalec lokali i tak nie wiem co sie kryje pod poszczegolnymi nazwami. W koncu wybieram Cuba Libre, jako, ze nazwa mi sie podoba. Anna wybucha smiechem i mowi, ze to przeciez rum z cola, czyli to co pije tutaj caly czas. Ach tak, mnie tez rozbawia ten niesamowity zbieg okolicznosci mojego wyboru. Jednak faktycznie rumu z cola mam juz dosc, zamawiam wiec to co Anna. Smakuje okropnie, dlatego juz chyba bede skazany na Cuba Libre do konca tej wycieczki.
Mam jeszcze rum, ktory pozostal mi z trekkingu. Wspinamy sie do hotelu, ktory polecil nam Lucas i w ktorym zostawil rzeczy. Hotel ten jest polozony dosc wysoko. Nie moge zrozumiec jak Lukasz mogl wybrac tak wysoko polozony hotel. Juz wczesniej zwrocilem na to uwage, ale az tak bardzo mi to nie przeszkadzalo, bo nie bylem tez tak bardzo zmeczony. Dopiero kiedy trafiam na hotelowy taras rozumiem trafnosc wyboru. Widok calego miasta jest oszalamiajacy, a szczegolnie Plaza de Armas, ktora lezy jak na dloni robi piorunujace wrazenie. Postanawiam dokonczyc rumik na tarasie, choc do Cuzco powrocila zima i jest cholernie zimno. Anna po swoich dotychczasowych doswiadczeniach z rumem rezygnuje z tej przyjemnosci. Na dachu spotkala mnie watpliwa przyjemnosc doswiadczenie pedalskiego podrywu, poprzez uslyszenie tekstu:
- It was the most amazing noise that I´ve ever heard!
pod adresem krokow mojego przyjscia. Na szczescie adorator stal na dacha sasiedniego hotelu i wobec braku zainteresowania z mojej strony szybko sie ulotnil.
Teraz Anna wraca do La Paz, a ja jade do Limy, do Lukasza. Tam odbieramy Klientow z lotniska i zaczynamy nowa czesc przygody.
Machu Pichcu!
Kompleks jest rzeczywiscie ogromny i pieknie polozony. Jednak rzesze turystow sie po nim przetaczajace sa sporym jego minusem, mam nadzieje, ze z Choquequirao nigdy tak sie nie stanie. Co tutaj duzo pisac, sami ocencie na zdjeciach. W 1911 r. jeden gosc poszukiwal ruin Vicabamby, ktore zostaly odkryte wiele lat pozniej. Jakis miejscowy wiesniak powiedzial mu, ze zna miejsce o jakim mowi, ze za jednego sola jest gotow go tam zaprowadzic. Zaprowadzil go wlasnie do Machu Pichcu, ten jeszcze myslal, ze to Vicabamba, dopiero potem okazalo sie czym naprawde jest to cudo, ktore wiesniak za jednego sola ukazal jego oczom.
Acha, zapomnialem wczesniej o tym napisac, a juz jakies 10 dni temu dotarla do nas informacja o smierci amerykanskiego turysty podczas zjazdu rowerowego DROGA SMIERCI w Boliwii. Ten Amerykanin zginal w kilka dni pozniej po wypadku Lukasza. Ciekawi jestesmy, czy korzystal z tej samej co my firmy!!!
Acha, zapomnialem wczesniej o tym napisac, a juz jakies 10 dni temu dotarla do nas informacja o smierci amerykanskiego turysty podczas zjazdu rowerowego DROGA SMIERCI w Boliwii. Ten Amerykanin zginal w kilka dni pozniej po wypadku Lukasza. Ciekawi jestesmy, czy korzystal z tej samej co my firmy!!!
AUCHAS CALIENTES
Glowna ulica biegnie zaraz przy linni kolejowej, bo przeciez tory sa tutaj najwazniejsze. W koncu, gdyby nie one komu by sie chcialo gnac tutaj na piechote. Chyba tylko takim postrzelencom jak my.

Co za turystyczny bajzel ta miejscowosc. Jest to sztuczna miejscowosc wybudowana tylko i wylacznie na potrzeby turystyczne, z uwagi na coraz wieksze zainteresowanie ruinami slynnego Machu Pichcu. Co ciekawe nasz Mula Manager mowi, ze taki prawdziwy boom turystyczny rozpoczal sie dopiero 8 lat temu, wczesniej turysci przyjezdzali bardzo sporadycznie. Teraz to jest najdrozsze miejsce w Ameryce Poludniowej. Miejscowi nie tylko zarabiaja na zarciu i hotelach, ale np. linia kolejowa laczaca Cuzco a Auchas Calientes jest chyba jedna z najdrozszych na swiecie. Poza tym, pod samo Machu Pichcu podjezdzaja autobusy, ktore sa mega drogie. Sam bilet wstepu do kompleksu kosztuje 125 zl, co na warunki peruwianskie jest kwota zawrotna. A mimo to, dziennie kompleks odwiedza minimum 1000 osob. Ja juz sie chyba odzwyczailem od tego typu miejsc i hordy turystow dzialaja na mnie odstraszajaco. Dlatego zdecydowanie moge powiedziec, ze nie lubie takich miesjcowosci jak ta. Poza tym miejsce to calkowicie odbiega od tego co sie widzi w kazdym innym miejscu w Peru. Mozna powiedziec, ze to taki PRL-owski Pewex.
Subskrybuj:
Posty (Atom)