sobota, 11 września 2010

Sarcofagos Karajia

Z tymi sarkofagami w Karajia to lekka wyjebka. Zasuwac tam trzeba specjalnie po to, zeby je zobaczyc, bo polozone sa na totalnym zadupiu, daleko od wszystkiego. Potem wprawdzie, idzie sie niewiele, bo zaledwie dwadziesia minut w dol doliny, ale widzi sie tylko to, co macie na zdjeciu, czyli szesc wykutych rzezb, usadowionych wysoko na skale. Poza tym jakies inne, mniej atrakcyjne rzezby wkolo, ktore tez wsadzilem na dole, na zdjeciach. Bilet wejsiowy kosztuje trzy sole, co w tym przypadku bardzo dobrze kompiluje sie z atrakcyjnoscia tego miejsca.

Zatrzymalismy sie na noc w hotelu, w miejscowosci Cohechan. Miejscowosc polozona jest na wysokosci 3250 m npm, ale nie jest jakos bardzo zimno. Hostelik prowadzila babka, ktora po prostu miala do wynajecia zaledwie dwa pokoje. Nastepnego dnia wstalismy rano i ruszylismy na podboj Karajia. Z uwagi na dosc znikoma atrakcyjnosc tego miejsca, dosc szybko sie ze wszystkim uwinelismy. Dlatego zaraz po jedenastej bylismy z powrotem. Zalatwilem nam transport do Luya, wiec pozostalo tylko odebrac z hotelu plecaki. Na miejscu okazalo sie, ze baba pojechala na targ, wlasnie do Luya i wszystko jest zamkniete na trzy spusty. Wlasnie takie jest podejscie miejscowych do interesu! Jak baba prowadzo hospedaje to powinna siedziec na dupie, albo zatrudniac kogos do tego siedzenia. Michal wyczail mozliwosc wlamania sie do domu do tylu. Trzeba bylo wybic szybe. Ja zagadywalem kierowce naszej taksowki, markujac co chwile kaszel a Michal wchodzil od tylu do domu. Kolejne nasze wlamanie w ciagu dwoch dni:) Nie bylo innego wyjscia, baba musi sie nauczyc jak prowadzic interes. Miala i tak szczescie, ze trafila na nas, bo grzecznie zostawilismy jej naleznosc za nocleg na stole! 

Tutaj ziemia jest zbyt twarda, zeby obrabiac ja przy pomocy konia. Do pluga zaprzegane sa byki i to od razu dwa na raz!
Ponizej cuda z Karajia, ktore sa na wszystkich prospektach reklamujacych ten rejon!



A to dwie papugi w swoim naturalnym srodowisku!

Gran Vilaya i dolina Belen!

Nastepnego dnia Lukasz z Szefem postanawiaja jechac prosto do Chachapoyas. Ja z chlopakami wynajmujemy kolejnego mulnika i przedzieramy sie dalej. Tym razem przewodnik ma wskazac droge do jednych z najladniejszych ruin kompleksu Gran Vilaya. Okazuje sie, ze skrecamy duzo wczesniej, niz sami zrobilismy to wczoraj. Na zupelnie inne wzgorze, wiec miejscowi kolejny raz wykazali sie kompletna indolencja w temacie topografii wlasnego terenu. Tym razem byly to w glownej mierze dzieci, wiec mozna im wybaczyc.

Tutaj droga jest szeroka i normalna, choc znowu pnie sie ostro do gory. Do tego, jestesmy juz przyzwyczajeni. Teraz chociaz wierze w to, ze turysci tutaj docieraja. Ide na przedzie, natrafiam na niewysoki murek, charakterystyczny dla ruin. Slysze, jak z daleka wola mnie Michal i krzyczy, ze minalem miasto. Okazalo sie, ze miasto jest kompletnie zarosniete dzungla. Jest zaraz przy szerokiej sciezce. Mimo tego, jego pierwsza czesc mozna minac niezauwazajac niczego. Miasto jest pokaznych rozmiarow. Dzungla jest wspaniala. Generalnie mamy juz dosc ruin, a te chcielismy zobaczyc dla samej zasady, ale naprawde nas zachwycily. Szczegolnie poprzez ta dzungle, ktora wrasta w ruiny, stojace tutaj od setek lat. Cos takiego jak w Angkor Wat, tylko oczywiscie na mniejsza skale.

Nasz przewodnik mowi, ze dalej bedzie jeszcze troche pod gore i potem w dol. Te troche, okazalo sie byc 45 minutami ostrego zapinania. Bylo warto, bo zaraz potem, naszym oczom ukazala sie dolina Belen. Przepiekne miejsce. Wielka rownina, pokryta zielonym dywanem, ktory wydaje sie nie miec konca. Doline przecina, wijaca sie niezliczonymi meandrami rzeka. Klimatu dopelniaja pasace sie konie, ktore wydaja sie byc szczesliwe i nasycone wolnoscia, na ktora ta przestrzen im pozwala.

Nasz przewodnik zakontraktowany byl do pierwszego Hospedaje, jakie jest w dolinie. Szybko okazalo sie, ze to jedyne schronienie jakie tutaj jest. Trzy lata temu zostala wybudowana tutaj droga, wiec mozna dojechac samochodem. Martwi mnie jednak to, ze widze przed soba bardzo daleko wijaca sie nic drogi, a nie widze nawet jednego samochodu. Na domiar zlego nie ma rowniez gospodarzy domostwa, ktore ma stanowic nasza przystan, jak twierdzi nasz przewodnik, przynajmniej do dnia nastepnego. Wtedy na pewno bedzie transport dalej - mowi. No nic, zostaje nam tylko czekac!

Przeskakujemy przez plot. Przenosimy plecaki i rozkladamy sie na mini tarasie przed wejsciem do chaty. Dom jest zamkniety. Po jakims czasie (powiedzmy dwoch godzinach czekania), Michal odkrywa, ze klodke od kuchni z latwoscia mozna otworzyc. Jeszcze chwile sie zastanawiamy, ale glod zaglada nam do gardel, wiec decyduje, ze trzeba wejsc, napalic w piecu i przygotowac cos do jedzenia. Piec jest taki, jakich juz setki tutaj widzielismy, ale jeszcze ani razu nie mielismy okazji w nim rozpalac i samodzielnie na nim gotowac. Najpierw zrobilismy gorace kubki, ktore mial ze soba Michal. Co ciekawe, kubki byly polskie, zakupione przez Michala w Londynie, a zjedzone w Peru Potem zrobilismy sobie kawe, ale w zaladkach ciagle burczalo. Siegnelismy po ziemniaki gospodarza i wsadzilismy je do pieca. Zdazylismy zjesc tylko po jednym, bo po prawie pieciu godzinach czekania, przyjechal na motorze gospodarz. Bardziej sprawial wrazenie wystraszonego nasza obecnoscia, niz obrazonego za wtargniecie do posiadlosci. Zbieg okolicznosci byl taki, ze chile potem, przejezdzal droga samochod, pierwszy od pieciu godzin. Podbiegam i pytam sie, czy gosc nas zabierze. Okazuje sie, ze jedzie do Chachapoyas, gdzie sa juz nasze chlopaki. My tak daleko jeszcze nie jedziemy, nie mniej jednak zabieramy sie z nim. Wolam jeszcze do kuchni gospodarza, pokazuje ziemniaki w popielniku i wkladam mu 10 soli do lapy. Od razu pojawia sie usmiech na jego twarzy. Zegnamy sie w pospiechu, ale bardzo serdecznie.

Kierowca wysadza nas wczesniej, niz sie umawialismy, poniewaz okazalo sie, ze do nastepnego punktu programu, czyli Karajia, bedzie stad po prostu blizej! Hotel, zakupy, piwo, kolacja, jeszcze do poduszki bajka Grishama i tak konczy sie ten udany dzien!

Gamon wklada nasze plecaki na konia (dlaczego gamon, zobaczycie na dole)!
Widoki z trasy!

Ruiny Gran Vilaya!


Dzungla porasta wszystko i wdziera sie wszedzie!

Dolina Belen!


A takiej rany doznal nasz kon od rekojesci mojej maczety, poniewaz gamon przewodnik nie potrafil dobrze zabezpieczyc bagazu na jego grzbiecie.


A to piec, dzieki ktoremu moglismy, choc w drobnym zakresie, zaspokoic swoj apetyt.

Dalszy ciag przygody!

Tym razem nie mielismy tyle szczescia co zwykle, bo kompletnie zwalila sie pogoda. Bylo tak kiepsko i bylismy tak zmeczeni, ze w okolicach naszego odkrycia postanowilismy zostac jeden dzien dluzej. Wynudzilismy sie jak mopsy, ale nieco zregenerowalismy sily.

Nastepnego dnia, czekal nas znowu ciezki marsz przez gory. Tym razem wzielismy przewodnika wraz z koniem, zeby nie bylo nam az tak ciezko. Szlak niestety byl kompletnie rozmokniety, wiec szczegolnie ze zlazeniem bylo sporo klopotow. Co ciekawe, znowu wyruszyly z nami psiaki. Tym razem, duzy albo nie zauwazyl naszego wyjscia, albo dostal tak w kosc dwa dni wczesniej, ze postanowil zostac. Ruszyl mniejszy ze swoim drugim kumplem. Sadzilem, ze szybko sie wycofaja, ale te dwa dzielne psiaki szly z nami do konca. W nagrode zamowilismy im krolewski posilek na miejscu. Tak sie do nas przywiazaly, ze kolejnego dnia znowu wyruszyly ze mna, Michalem i Wojtkiem na poszukiwanie ruin Gran Vilaya. Trzeciego dnia zdecydowalem, ze trzeba je zamknac w pokoju, bo jak dalej z nami pojda, to zostana w ciemnej dupie. Potem, do samochodu ich z soba nie zabierzemy. Mam nadzieje, ze psiaki jakos odnajda droge powrotna do domu, choc nie jest ona latwa. Chlopaki sadza, ze wroca z innymi turystami, jak beda robili nasza trase w przeciwnym kierunku. Niestety ta trasa nie jest zbyt popularna, wiec kilka dni moze im zejsc na czekaniu.

Lukasz niestety sie pochorowal. Zlamalo go powazne przeziebienie, wiec zdecydowal sie odpuscic dalsza czesc trasy. Szef jak zwykle zainteresowany jest tylko powaznymi rzeczami, wiec na ogladanie kolejnych kup kamieni nie mial ochoty. Z Wojtkiem i Michalem wyruszylem na poszukiwanie ruin. Trasa miala byc prosta i wedle wskazowek miejscowych tez niedluga. Niestety, od poczatku bladzilismy strasznie. W dzungli, czy w gorach, sciezki rozdwajaja sie niemal co chwila, wiec trudno wybrac, ktora jest wlasciwa. Najgorsze jest to, ze nie za bardzo jest kogo zapytac o droge. Domy sa rozsiane niezwykle rzadko, a jak juz sie na jakis trafi, to okazuja sie pusty, bo domownicy sa zwykle na polu.

W jednej chacie zastalem wreszcie male dzieci. Swoim ubogim hiszpanskim zaczalem wypytywac o ruiny. Okazalo sie, ze znacznie przeszlismy sciezke, w ktora nalezalo skrecic. Wszyscy bylismy zdegustowani tym, ze musimy sie cofac. Potem okazalo sie, ze dziewczynka w nastepnej chacie wskazala nam poprawnie trase i powiedziala, ze jest prosta, bo wystarczy isc caly czas do gory. Pniemy sie dzielnie w gore. Pogoda jest przesliczna, choc slonce dzis nie jest naszym sprzymierzencem. Troche wzialem za malo wody ze soba, bo liczylem, ze nie zajmie to tyle czasu. Idzie mi sie znakomicie, chyba juz nabralem kondycji od tych ciaglych marszow. Ruin nie widac, sciezka robi sie coraz bardziej stroma. Dochodzimy do polany, na ktorej sciezka kompletnie sie urywa. Nie ma rady, postanawiamy zawracac. Po drodze okazuje sie, ze mijamy dwie sciezki skrecajace w dol, w lewa strone. Nie mamy juz ochoty dalej bladzic. Schodzimy do domostwa na dole, gdzie spotykamy kolejna dziewczynke. Znowu sie pytam o droge, a ta mowi, ze wlasnie powinnismy skrecic w lewo, w ta sciezke, ktora mijalismy. Chlopaki nie daja jej wiary. Nie maja juz ochoty dalej chodzic. Twierdza, ze bez przewodnika nie ma szans.

Ja jakos nie moge sie pogodzic z calkowita porazka dnia dzisiejszego i postanawiam szukac samemu. Zawracam rzeskim tempem do widzianego wczesniej zakretu. Skrecam we wskazana sciezke i tutaj zaczyna sie droga przez meke. Dzungla zarasta sciezke, ktora caly czas pnie sie ostro pod gore. Zaluje bardzo, ze nie mam ze soba maczety. Jestem jednak tak zmotywowany, ze nic nie jest w stanie mnie zatrzymac. Jak szalony przeciskam sie przez chaszcze. Dzungla jest niezwyciezona i zadaje mi coraz to nowsze rany. Wreszcie osuwa sie pode mna zbocze i w jednej chwili wisze z jedna noga nad przepascia. To tylko powoduje u mnie atak furii. Czuje sie, jak na jakis zawodach. Z jeszcze wieksza zawzietoscia gonie do gory. Zaczynam miec obawy, czy odnajde droge powrotna w takim gaszczu, ale stwierdzam, ze najwyzej pozniej bede sie tym martwil. Coraz czesciej mysle o tym, ze to duchy Chachapoyas bronia dostepu do swojej tajemnicy. Nie moge uwierzyc, ze jacys turysci chodza ta sciezyna. Caly czas mysle o dziewczynce i poprzednich dzieciakach, ktorych relacje mniej wiecej sie zgadzaly i ze to musi byc gdzies tutaj. Kilka razy gubie sciezke, ide troche potokiem w gore. Znowu odnajduje jakas sciezyne w dzungli. Zeslizguje sie ze zbocza drugi raz. Wreszcie siadam, jem batona, chwile odpoczywajac. Strasznie chce mi sie pic, ale wody mam tak malo, ze nie moge jej na razie tknac. W koncu orientuje sie, ze zatoczylem pentle. Takie ucho igielne pod samym szczytem. Jeszcze probuje szukac innej drogi, ale wszedzie jest nieprzetarta dzungla. Musze sie wreszcie poddac. Niebawem zrobi sie ciemno i wtedy bedzie naprawde zle. Postanawiam schodzic. Przy schodzeniu nieco bladzilem ale udalo mi sie zejsc do drogi. Okazalo sie, ze chlopaki mieli nosa. Bez przewodnika nie da rady. Porazka, ale nie bez przygody. Kompletnie padniety wracam do swoich towarzyszy!

Miejscowa kobieta!
Na trasie!
Odpoczynek na przeleczy, teraz ma byc tylko w dol:)
Nasz karawana, dzielne psy zasuwaja zaraz za mulnikiem!
Chachapoyas, czyli ludzie chmur!
Na miejscu dopadl mnie pieszczoch bokser, ktory byl chyba jeszcze wiekszym maniakiem drapania ode mnie:)
A tak wygladal nasz pupil po skonczeniu trasy!
Jedna z chat, w ktorej nie sposob w dzien zastac gospodarzy!

piątek, 10 września 2010

Zaginione miasto – odkrycie!

Przyszedl czas na jeden z najwazniejszych punktow naszego programu, czyli dotarcie do miasta, ktore caly czas czeka na swoich odkrywcow. Specjalnie nie podaje dokladnej jego lokalizacji, w nadziei, ze kiedys bedzie kojarzone z naszymi nazwiskami. Chociaz do tego, jeszcze daleka droga. Na istnienie tego miasta natrafil Lukasz, kiedy podrozowal po tych rejonach ze swoja dziewczyna.

Udalismy sie do miejscowosci lezacej w jego poblizu. Tam wzielismy hotel i byczylismy sie do konca dnia, w celu zregenerowania sil. Nastepnego dnia o szostej pobudka i w droge. Idziemy do goscia, ktory piec lat wczesniej udzielil Lukaszowi informacji o istniejacym miescie. Okazalo sie, ze gosc caly czas mieszka tam gdzie mieszkal, ze swoja o dwadziescia lat mlodsza zona. Taka roznica wieku miedzy malzonkami jest w Peru niezwykle rzadka. Niemniej jednak, nie widac jej po naszych gospodarzach. Facet trzyma sie swietnie, choc ma 41 lat. Od wizyty Lukasza, ich rodzina sie powiekszyla i maja teraz synka. Ich oryginalnosc mozna rozpoznac nie tylko po istniejacej roznicy wieku, ale rowniez po obejsciu domu, ktore wyroznia sie niezwyklym ladem i porzadkiem. Wszystko ma swoje miejsce, jest bardzo dokladnie przemyslane. Po prostu wzorowo prowadzone gospodarstwo. Polozone jest na wzgorzu, w oddaleniu od drogi, z pieknym widokiem na gory. Mezczyzna odrazu poznaje Lukasza i w jednym z pierwszych zdan pyta o dziewczyne, ktora byla tutaj z nim piec lat temu. Smiejemy sie z chlopakami, ze pewnie wpadla mu w oko, skoro tak sie o nia wypytuje. Zona naszego gospodarza jest niezwyklej urody kobieta, co nie jest czeste, jezeli chodzi o Peru. Niestety, podejscie gospodarza do miasta ukrytego w dzungli, przez ostatnich piec lat, radykalnie sie zmienilo. Nie wiedziec czemu, gospodarz nabiera wody w usta. Po glebokim zastanowieniu i konsultacji z zona, mowi, ze mozemy tam isc, ale sami, bo jego boli brzuch. Oczywiscie nie o brzuch tutaj chodzi. Wiemy, ze nie chce wskazac drogi. W ogole wlasciciel hotelu, w ktorym sie zatrzymalismy tez dziwnie na nas patrzyl i bardzo wypytywal gdzie sie wybieramy. Mowi, ze ta miejscowosc lezy poza turystycznym szlakiem i nic ciekawego tutaj nie ma. Odpowidamy, ze idziemy odwiedzic starego znajomego. Ta informacja nie zaspakaja jego ciekawosci i dopytuje dalej. Udzielamy wymijajacych odpowiedzi i na tym sie konczy. Teraz widzimy, ze cos w tym musi byc, skoro koles, ktory kojarzy Lukasza, podchodzi z taka niechecia do tematu. No nic, konsumujemy pyszne sniadanie, przygotowane przez jego zone i udajemy sie w droge. Jest nas czterech. Szef tym razem odpuscil, twierdzac, ze sami mozemy sie bawic w odkrywanie zaginionych miast, a on tymczasem poczeka w hotelu. A jak znajdziemy jakies zlote toporki, to zebysmy koniecznie przyniesli tez ze dwa dla niego;)

Oto nasi gospodarze!

Trasa do naszego miasta biegnie ostro pod gore, a potem wchodzi do dzungli. Tutaj nie ma sciezki, trzeba walczyc o kazdy metr. Na zmiane torujemy maczeta droge na przedzie. Nie jest latwo, ale przeciez nikt nie mowil, ze bedzie latwo. Po drodze gubimy gdzies Michala, ktory postanowil poszukac latwiejszej trasy. Na gorze okazalo sie, ze jej nie znalazl i na szczescie, podczas odpoczynku, uslyszelismy jego wolania. Konsumujemy krowki z Polski, ktore Lukasz, przez ponad dwia miesiace, taszczyl ciagle ze soba w plecaku. Ruszamy dalej. Teraz jest juz nieco latwiej. Pniemy sie coraz bardziej w gore i w gore, az wreszcie dochodzimy do pierwszych zabudowan wioski. Nie robia one jakiegos nadzwyczajnego wrazenia. Najgorsze jest to, ze cale, porosniete sa gesta dzungla. Michala to zniecheca. Chyba spodziewal sie czegos innego, moze np. kwiatow, stojacych w osmiowiecznych wazach. W kazdym badz razie postanawia zawracac. My rozpoczynamy penetracje. Postanawiamy przebijac sie dalej, bo ta wioska nie jest naszym glownym celem. Zapuszczamy sie w dzungle i staramy trzymac grani. Co parenascie metrow natrafiamy na pozostalosci zabudowan. Po pewnym czasie, orientujemy sie, ze to nie sa ruiny wioski, tylko miasta i to calkiem pokaznych rozmiarow. Zaczynami grzebac w ziemi, jako, ze teren jest kompletnie nieruszony. Juz po paru minutach kazdy z nas wygrzebuje kawalki ceramiki, ktora liczy sobie 700, 800 a moze nawet wiecej lat. Cos niesamowitego. Nie dajemy sie jednak ogarnac goraczce poszukiwaczy skarbow i postanawiamy piac sie wyzej i wyzej, zeby spenetrowac jak najwiecej tego terenu i dotrzec do Fortecy, o ktorej piec lat wczesniej wspominala zona gospodarza. Co krok odnajdujemy bardziej pokazne fragmenty murow, lub pozostalosci po domach. Wreszcie dochodzimy do konca dzungli. Stad mozna isc w gore, badz trawersowac zbocze. Sciezki zadnej nie ma. Postanawiamy piac sie do gory. Nie jest latwo, bo zbocze jest dosyc strome. Porosniete jest dosc duzymi kepami traw, ktore daja nam oparcie pod nogi. Caly czas idzie z nami pies z hotelu, ktory wyszedl ze swoim kumplem wraz z nami o szostej rano. Jego kumpel byl znacznie od niego mniejszy, wiec przed wejsciem do dzungli zawrocil. Nasza psina jest bardzo dzielna. Czasem musielismy go przenosci przez przeszkody, z ktorymi nie dawal sobie rady. Ale co zrobic, jak sie widzi psa, tak spragnionego akcji i przygody. Pies idzie z nami pod gore, ale jest juz zupelnie padniety. Za kazdym razem, kiedy tylko ma okazje, kladzie sie na trawie i ciezko oddycha. Nie spuszcza nas z oczu, jak tylko sie oddalamy na wiecej niz 6 metrow, to wartko rusza za nami. Wszyscy go bardzo polubilismy, niezwykla psina. Konczy nam sie czas, pozostalo tylko trzy godziny do zmroku. Z prawej strony widzimy, jak dosc szybko ida prosto na nas burzowe chmury, a nasze plaszcze przeciwdeszczowe zostawilismy na dole. Wojtek za wszelka cene chce osiagnac wierzcholek. Postanawiamy z Lukaszem na niego zaczekac, choc chcemy juz zawracac. Wojtek wraca za jakies 15 minut. Mowi, ze nie widzial na gorze zadnej Fortecy. Zaczyna padac, trzeba jak najszybciej wiac ze zbocza. Decydujemy sie nie wracac tym samym szlakiem, tylko prosto walic na dol, w kierunku chalupy naszego gospodarza. Wydaje sie to byc doskonalym rozwiazaniem, do momentu, w ktorym wchodzimy do dzungli. Tutaj tempo naszego zejscia radykalnie spada. Dzungla jest bardzo gesta. Szlak trzeba torowac od nowa. Juz sam nie wiem, czy nie byloby szybciej wracac wczesniej utorowanym szlakiem. Jednak jest przygoda, poznajemy nowe tereny, wiec nie jest zle. Od sniadania nic jedlismy, poza krowkami. Noc sie zbliza a my jestesmy w ciemnej dupie. Ewentualny nocleg bez sprzetu nie bedzie przyjemny, choc na pewno przezyjemy. Nie tracimy rezonu i ciagle schodzimy na dol. Nie jest to takie proste, poniewaz czasem stajemy wprost nad urwiskiem, wiec musimy trawersowac zbocze, w poszukiwaniu alternatynego zejscia. Na szczescie nie jest tutaj az tak goraco i wilgotno, jak w prawdziwej dzungli. Nie ma tez tak wielu insektow. Rece az po lokcie kluja mnie od ran, zadanych przez rozne, kolczaste rosliny. Dzungla nie chce sie skonczyc. Wiele razy, wydaje mi sie, ze widze przeswit polany, ktora okazuje sie byc tylko nizej porosnietym poszyciem dzungli. Deszcz caly czas pada, ale nie jest jakos bardzo uciazliwy. Wreszcie natrafiamy na sciezke. Optymistycznie stwierdzam, ze ta sciezka wyprowadzi nas na lake. Wojtek sie smieje z mojego optymizmu. Moja ocena jest trafiona, bo sciezka najpierw wyprowadza nas na pasaca sie w dzungli krowe, a potem wreszcie na upragniona lake. Jest juz prawie ciemno jak dochodzimy do naszego gospodarza. Ten jest w domu tylko z synem. Zone, pewnie zapobiegawczo;), wyslal do innego miasta. Jemy przygoptowany przez niego posilek (jakas papka z dyni – jem cos takiego pierwszy raz w zyciu) i ruszamy do naszego hotelu. Na miejsce dochodzimy juz w nocy. Chlopaki juz mysleli, ze postanowilismy przenocowac w ruinach. Mowia, ze przez caly dzien, rozni ludzie, z wielka ciekawoscia wypytywali sie, gdzie jestesmy. Jeszcze dobijamy sie do sklepu, ktory chcemy, zeby otworzyli tylko dla nas i zaczynamy delektowac sie tym, co widzielismy jeszcze pare godzin temu. Nie udalo sie dotrzec do Fortecy. Jest zatem jeszcze jedno miejsce, ktore czeka na swoich odkrywcow. To, co zastalismy na gorze, bedzie musialo na razie nam wystarczyc!

Zaczelo sie wszystko od pysznego sniadanka! To duze na talerzu, to ogromna gotowana fasolo. Smakiem przypomina nieco nasz bob.

A to nasze dzielne psiaki. Mniejszy tym razem sie wycofal, ale potem towarzyszyl nam przez cale dwa dni, ale juz w zupelnie innej wycieczce!
Wreszcie jestesmy przy ruinach, rozpoznalismy miejsce, po pozostalosciach po kamiennym murze, ktory okalal cale miasto!
Szczatki ceramiki, ktora w doslownie kilka minut udalo nam sie wygrzebac!
Sesja do gazet! ;)


Widok z naszego miasta!
Tutaj czekamy na Wojtka, ktory uparl sie na wejscie na sam szczyt!
A taka marke wodki tutaj sie sprzedaje. Co ciekawe, nie widzielismy jej nigdzie indziej!

czwartek, 9 września 2010

Yerbabuena

Noc spedzilismy w Yierbabuena, czyli miejscowosci, w ktorej nocowal Lukasz piec lat temu. Wtedy mial nosa, bo widzac standard hotelu, postanowil rozbic w pokoju namiot. Okazalo sie to swietnym rozwiazaniem, poniewaz w nocy, z dachu hotelu, na namiot skakaly szczury. Z wielkim zawzieciem chcialy sie dostac do srodka. Teraz miejscowosc sie nieco rozwinela i na szczescie w tym hotelu, w ktorym spalismy, szczurow nie bylo. Nie oznacza to jednak, ze jest to jakis turystyczny kurort. Bynajmniej, hoteliki sa tylko dwa. Przez srodek miasteczka przebiega szeroka droga. Droga jest zwyczajna, nie jest pokryta nawet szutrem, pelna dolow i kaluz. Wszystkie domy sa wzdluz niej rozsiane. Miasteczko zyje swoim jednostajnym, monotonnym tempem. Ludzie siedza albo stoja przy swoich chatach, zastanawiajac sie co by sobie znalezc do roboty. Tyle tylko, ze na zastanawianiu sie to wszystko konczy. Nie sprawiaja wrazenia ludzi bardzo zapracowanych.

Nastepnego dnia lapiemy taksowke do Nogalchuco. Chcemy jechac do Tingo, zeby stamtad rozpoczac nasza marszrute do Kuelap. Taksowkarz to odradza. Mowi, ze stad jest znacznie blizej do Kuelap. Pogoda jest paskudna, caly czas pada. Szybko podchwytujemy jego sugestie i w dalsza droge wyruszamy wlasnie stad. Wynajmujemy miejscowego przewodnika, domyslajac sie, ze szlak nie jest oznaczony. Dopiero potem ma sie okazac, jak dobra byla to decyzja. Niestety, nie wszystkie decyzje byly tak dobre. Na miejscu okazalo sie, ze taksowkarz nas po prostu wyjebal po calosci, bo z Nogalchuco do Kuelap jest co najmniej dwie godziny dalej, niz z Tingo. Po prostu za ta sama cene postanowil sobie skrucic czas przejazdu. Zawsze tutaj trzeba uwazac na tych drani, wykorzystaja praktycznie kazda okazje, zeby zarobic pare soli. Choc w porownaniu z Azja musze przyznac, ze maja tutaj niezwykle uczciwych sprzedawcow. Nie przypominam sobie zadnej sytuacji w sklepie, ze chciano mnie oszukac co do ceny, kupowanego przeze mnie towaru. Co na Bliskim Wschodzie jest powszechne, a i na Dalekim Wschodzie zdarza sie dosc czesto.

Szlak do Kuelap w deszczu, z ciezkimi plecakami, nie nalezy do przyjemnosci. Dosc czesto sie zatrzymywalismy po drodze. A w koncowce trasy, to juz czesciej, niz bysmy tego chcieli. Twierdza, pod koniec drogi, byla widoczna z daleka, ale przyblizala sie do nas, w bardzo wolnym tempie. Plecak, z godziny na godzine, jakby przybieral na ciezarze. Po wielogodzinnej wedrowce, wreszcie udalo sie nam dotrzec. Na miejscu okazalo sie, ze bilety wstepu przez piec lat podrozaly o okolo 150%, bo teraz kosztuja 12 soli od osoby. Do Machu Picchu jeszcze i tak im wiele brakuje!

Kuelap bylo stolica panstawa Chachapoyas, tutaj mieszkal wladca. Mial piekny widok na otaczajace gory. Nie taki jak z Choqueqirao (do niego jeszcze duzo brakuje), choc tez bardzo ladny. Miasto jest imponujacych rozmiarow. Jego swietnosc przypadala na XI wiek, wiec niewiele z niego zostalo. Peruwianczycy postanowili tutaj zrobic drugie Machu Picchu i z niezwyklym zapalem odbudowuja ruiny pozostalych po Chachapoyas domow. Niestety, efekty ich pracy musze ocenic bardzo negatywnie. Na pierwszy rzut oka mozna ocenic, co jest oryginalne, a co jest odbudowane. Nie znam sie na tym i nie wiem, czy jest to tak trudne do zrobienia, czy oni po prostu robia to az tak nieudolnie. Tutaj sam sobie stawiam pytanie, czy powinno sie odbudowywac takie miasto, czy zostawic je takim, jakim jest? W tym stylu, w jakim jest to robione tutaj, uwazam, ze powinno sie je pozostawic takim, jakim sie je zastalo, poniewaz traci caly swoj urok. Chociaz nie zawsze powinno tak byc. Sam uwielbiam nasz zamek w Olsztynie pod Czestochowa. Bylem tam juz ponad dwadziescia razy, ze wzgledu na polozone w jego poblizu jaskinie. Zamek jest ogromnych rozmiarow. Moim marzeniem jest zobaczyc, jak ten zamek wygladal w czasach jego swietnosci. Poki co jest to niemozliwe, bo niemozliwe sa podroze w czasie. Dlatego, gdyby byla mozliwa jego odbudowa, bylbym calym sercem za! Problem tylko polega na tym, ze nikt tak naprawde nie wie, jak ten zamek wygladal w jego najlepszym okresie. Owszem, zachowaly sie pewne ryciny, ale z pozniejszego okresu, kiedy zamek byl juz po licznych przebudowach. Mysle, ze podobnie jest z miastami Chachapoyas. Wiadomo, ze lud ten budowal duze, okragle domy, ze strozkowymi dachami. Te informacje, to jednak stanowczo za malo, aby zrekonstruowac tak duze miasto, jakim jest Kuelap. No coz, moze jeszcze kiedys bede mial okazje je odwiedzic i ocenic efekty ich koncowej pracy. Wtedy ostatecznie bede mogl powiedziec, czy to mialo sens, czy nie.

Z Kuelap pojechalismy do wioski Maria, ktora jak na swoje gabaryty ma niezwykle bogata baze noclegowa. Dzieje sie tak dlatego, ze mieszkaja tutaj wszyscy archeolodzy, ktorzy pracuja w Kuelap. Mozna zatem powiedziec, ze wioska archeologami zyje. Za przyzwoita cene mozna tu sie bardzo dobrze przespac i bardzo dobrze zjesc. Niestety w wiosce skonczylo sie piwo, wiec z Lukaszkiem czekalismy pod sklepem na nowa dostawe, bo co tez mozna robic, w takiej wiosce wieczorami. A wieczory sa tutaj bardzo dlugie!

Na szlaku do Kuelap zatrzymalismy sie przy opuszczonej dzialce, z postawionym na niej domem i budynkami gospodarczymi. Dzialka po prostu przepiekna, ze slicznym podjazdem, trawa, wielkim drzewem, rzucajacym cien na caly podjazd domu. Z tylu znajduje sie duzy taras z widokiem na gory. Na podworku wielki kamienny piec. Takiego tutaj jeszcze nigdy nie widzialem, prawdziwe cacuszko. Blisko jest rzeka, wiec z biezaca woda nie ma problemu. Odrazu to miejsce bardzo mi sie spodobalo. Dom jest w strasznym stanie, widac, ze juz kilka lat nikt tutaj nie mieszka. Pytam przewodnika, czy orientuje sie, ile moze kosztowac taka posiadlosc. Ten odpowiada, ze za dwadziescia tysiecy soli mozna ja kupic od reki. Mysle, ze na jakis czas moglbym tutaj zamieszkac. Ten pomysl, jeszcze przez jakis czas kolacze mi sie po glowie. Dopiero w Maria uswiadamiam sobie, ze dlugo bym tam nie wytrzymal. Przyczyna jest prosta. Jestesmy w strefie podrownikowej. Dzien tutaj konczy sie o 18.30. Slonce wschodzi i zachodzi bardzo szybko. Juz o 18.30 jest kompletnie ciemno i zaczyna sie noc. Zycie praktycznie zamiera. Ludzie tutaj juz do tego przywykli. Wczesnie sie klada i wczesnie wstaja. Cos takiego jest nie dla mnie. Takie dlugie wieczory zanudzilyby mnie na smierc. Jeszcze niedawno wszystkie te miejscowosci pozbawione byly swiatla. Teraz ono niby jest, bo maja male elektrownie wodne w poblizu wsi, ktore generuja elektrycznosc dla calej spolecznosci. Elektrownie te nie sa doskonale. Czasem jest za malo wody, wiec prad, po prostu jest wszedzie wylaczany. Jak bylismy w Maria, to mozna powiedziec, ze dluzej pradu nie bylo, niz byl. Jak wlaczali swiatlo, to na jakies 5 do 10 minut. Lokalsi widac, ze juz do tego przywykli, bo nawet nie gasza swieczek, jak gasnie swiatlo.

Dzieciak w miejscowosci w poblizu Revash!
W tym miejscu podobno dwa tygodnie przed nami goscily dwie Polki. Ciekawa historia, bo miejsce bardzo fajne, jednak przy nas nie bylo zadnego turysty. W ogole chyba nie cieszy sie popularnoscia, poniewaz wlasciciel nie mial ani piwa, ani nic do jedzenia.
Dobrze, ze chociaz moglismy sie wykapac w basenie!
Ten piec, o ktorym pisalem. Przynalezy do posiadlosci za dwadziescia tysiecy soli.
A tutaj wreszcie doszlismy do Kuelap. Taki jest stamtad widok. Niestety wlasnie zbieraly sie burzowe chmury!
Brama wejsciowa do miasta!

Jeszcze jeden widok z ruin!