piątek, 7 sierpnia 2009

Machu Pichcu!












































Kompleks jest rzeczywiscie ogromny i pieknie polozony. Jednak rzesze turystow sie po nim przetaczajace sa sporym jego minusem, mam nadzieje, ze z Choquequirao nigdy tak sie nie stanie. Co tutaj duzo pisac, sami ocencie na zdjeciach. W 1911 r. jeden gosc poszukiwal ruin Vicabamby, ktore zostaly odkryte wiele lat pozniej. Jakis miejscowy wiesniak powiedzial mu, ze zna miejsce o jakim mowi, ze za jednego sola jest gotow go tam zaprowadzic. Zaprowadzil go wlasnie do Machu Pichcu, ten jeszcze myslal, ze to Vicabamba, dopiero potem okazalo sie czym naprawde jest to cudo, ktore wiesniak za jednego sola ukazal jego oczom.

Acha, zapomnialem wczesniej o tym napisac, a juz jakies 10 dni temu dotarla do nas informacja o smierci amerykanskiego turysty podczas zjazdu rowerowego DROGA SMIERCI w Boliwii. Ten Amerykanin zginal w kilka dni pozniej po wypadku Lukasza. Ciekawi jestesmy, czy korzystal z tej samej co my firmy!!!

AUCHAS CALIENTES

Glowna ulica biegnie zaraz przy linni kolejowej, bo przeciez tory sa tutaj najwazniejsze. W koncu, gdyby nie one komu by sie chcialo gnac tutaj na piechote. Chyba tylko takim postrzelencom jak my.











































Co za turystyczny bajzel ta miejscowosc. Jest to sztuczna miejscowosc wybudowana tylko i wylacznie na potrzeby turystyczne, z uwagi na coraz wieksze zainteresowanie ruinami slynnego Machu Pichcu. Co ciekawe nasz Mula Manager mowi, ze taki prawdziwy boom turystyczny rozpoczal sie dopiero 8 lat temu, wczesniej turysci przyjezdzali bardzo sporadycznie. Teraz to jest najdrozsze miejsce w Ameryce Poludniowej. Miejscowi nie tylko zarabiaja na zarciu i hotelach, ale np. linia kolejowa laczaca Cuzco a Auchas Calientes jest chyba jedna z najdrozszych na swiecie. Poza tym, pod samo Machu Pichcu podjezdzaja autobusy, ktore sa mega drogie. Sam bilet wstepu do kompleksu kosztuje 125 zl, co na warunki peruwianskie jest kwota zawrotna. A mimo to, dziennie kompleks odwiedza minimum 1000 osob. Ja juz sie chyba odzwyczailem od tego typu miejsc i hordy turystow dzialaja na mnie odstraszajaco. Dlatego zdecydowanie moge powiedziec, ze nie lubie takich miesjcowosci jak ta. Poza tym miejsce to calkowicie odbiega od tego co sie widzi w kazdym innym miejscu w Peru. Mozna powiedziec, ze to taki PRL-owski Pewex.

Kolejne dni trekkingu!





















Taki tutaj maja sposob na przedostawanie sie przez rzeke.





















Dzieciaki tutejsze jak widzicie nie
przywiazuja specjalnej uwagi do higieny.





















I jak ja wygladam w tym aparacie.





















A ten to pewnie moze zezrec!





















Czasem muly spadaja w przepascie,
ale rzadki. Czesciej spadaja do nich ludzie, a muly czescie padaja lupem zlodziei. W trakcie naszego trekkingu innej grupie skradziono dwa muly, jeden kosztuje 1500 zl.

Anna prze ostro do przodu!





Nie tylko gory ale i otwarte przestrzenie. Mjescowi wypasacja na nich bydlo, trawy tutaj jest wyjatkowo malo, wiec bydlo czasem trzeba pedzic wysoko w gory.


Miejscowe dzieciaki.

W trakcie przygotowywania posilku.

A to nasz Mula Manager w trakcie managerowania!

Sciezki sa naprawde malowniczo wytyczone.


Nasze obozowisko na 3800 m.

Z napotkanym Arierro!

Trzeci dzien jest najtrudniejszy na naszej trasie, dlatego obydwoje mamy lekkiego stracha. Okazalo sie, ze byl naprawde ciezki. Najpierw zaczyna sie od masakrycznego zejscia w dol, az do samej rzeki, tam spozywa sie posilek i dalej do gory. Nasz Mula Manager, stwierdzil, ze bedziemy isc okolo 5 godzin. Mialem cholernie malo wody, wiec prawie w ogole nie pilem, poniewaz chcialem przyoszczedzic na pozniej. Jednak podejscie bylo naprawde mordercze, slablem z minuty na minute. W plecaku mialem jedna pomarancze i nieco wody. Mula Manager nas wyprzedzil, wiec nie bylo mowy o posilkach. Juz sobie wyobrazalem, ze pewnie dojde do obozu na ostatnim jezyku, kiedy po trzech godzinach meczarni widze naszego przewodnika jak macha reka i oznajmia Annie, ze do obozu zostalo juz tylko 15 minut. Jestem wykonczony i jednoczesnie zly, bo przez niego sie meczylem i oszczedzalem te cholerna wode. Dopiero w obozie okazalo sie, ze czas mielismy naprawde dobry. Poza tym czekala na nas spora francuska grupa i patrzyla z zaciekawieniem jak wchodzimy. Okazalo sie, ze oni te sama co my trase robia w 10 a nie w 6 dni. Jest ich 12 osob, maja 5 przewodnikow, 18 mulow i kilka koni na wypadek, jakby ktos nie dawal rady na podejsciach. Miejsce naszego obozu lezy na wysokosci 3800m, jest przepiekne, a ludzie tutaj mieszkaja - to dopiero jest challenge.

Teraz jak to pisze otaczaja mnie jakies skosnookie dzieciaki i z zaciekawieniem wpatruja w monitor. Co ciekawe staraja sie czytac to co pisze i zywo komentuja. Niestety nie rozumiem o czym deliberuja, a szkoda, bo dyskusja jest naprawde zywa.

Widze jak miejscowa rodzina z pomocnikami oprawiaja swiniaka, robia to z duza wprawa. Jednak tutaj mieso jest na wage zlota, wiec nie mozna go kupic, ani zamowic sobie posilku w postaci steka. Niestety na takie rarytasy jeszcze bedziemy musieli dlugo czekac.

Kolejnego dnia to dopiero wyzwanie, przelecz na 4600. Jest mi niedobrze, boli mnie glowa. Juz nie moge patrzec na liscie koki, sa paskudne w smaku. Zatem napieram do przodu bez wspomagaczy. Anna jest dzielna, caly czas prze do przodu, bez slowa narzekania. No oczywiscie, obydowoje caly czas mowimy, ze jest ciezko, ale to wszystko. Wreszcie osiagamy wierzcholek, z nieco gorszym rezultatem czasowym niz to przewidzial przewodnik, ale jestesmy bardzo z siebie zadowoleni. Przewodnik mowi, ze widzial jedna z Francuzek placzaca na szlaku. W cale mnie to nie dziwi, bo podejscie jest mordercze. Nieco odpoczywamy na szczycie, cykamy mnostwo fotek i lecimy z powrotem. Teraz okazalo sie, ze Anna zle sie czuje na zaladku. Dobrze, ze mam jeszcze od Edzika Nifuroksazyd, to ja jakos ratuje przed ostateczna kleska. A ta by byla tym bardziej gorzka, ze juz najtrudniejsza partie mamy za soba. Jednak srodek pomogl i rano mozemy ruszac dalej.

Okazalo sie, ze brak kucharza jest swietna sprawa, bo dzieki temu mozemy przebywac w domach miejscowych ludzi. Nasz Mula Manager zawsze sie wprasza do skorzystania z paleniska. Ci ludzie mieszkaja strasznie biednie. W srodku kazdego domu biegaja swinki morskie, tutaj ludzie je jedza. A ich hodowla sie bardzo oplaca, bo one bardzo szybko rosna, po miesiacu juz taka swinka jest gotowa do spozycia. Generalnie bieda jest wielka, a mozliwosci bardzo ograniczone. Jednak jak to zwykle w trzecim swiecie bywa ludzie wydaja sie byc szczesliwi, po prostu ciesza sie z tego co maja. Trzeba tez przyznac, ze jest wyrazna roznica pomiedzy Ameryka Poludniowa a Azja, bieda w Azji jest o wiele wieksza i na wiele wieksza skale niz tutaj. Ci ludzie tutaj jakos wiaza koniec z koncem i nie umieraja z glodu.

Kolejny dzien ma byc lajtowy, choc widze ze Mula Manager sie smieje pokazujac mi osniezone szczyty gor jako dzisiejszy cel naszej wedrowki. Rzeczywiscie, na poczatku byl lajcik, jednak w miare zdobywanej wysokosci, coraz trudniej lapac oddech. Powraca uciazliwy bol glowy, pojawia sie snieg i robi sie strasznie zimno. Jakos nie bylem przygotowany na takie zimno, szczegolnie zalowalem, ze nie mam rekawiczek. Okazalo sie, ze tego dnia wlezlismy na przelecz lezaca prawie na 5000m, sporo mnie to kosztowalo. Trzeba bylo jeszcze z niej zlesc. Nasz Mula Manager boi sie o jutrzejszy dzien, czy zdazymy na busa i postanawia isc do dalszego obozu. Coz mi pozostaje jak tylko zaakceptowac jego decyzje, ktora wydaje sie rozsadna, w swietle tego, ze czeka nas szesciogodzinny marsz dnia nastepnego, a na miejscu mamy byc przed 12. Znowu gotujemy w chacie u miejscowych. Anna pstryka fotki dzieciakom, ktore zachowuja sie tak jakby pierwszy raz w zyciu widzialy aparat, piszcza i skacza do gory w momencie blysku flesha, potem oczywiscie wszystkie chca obejrzec w aparacie powstale dzielo. Maja niezla zabawe, przyjemnie patrzec na ich radosc.

Kolejenego dnia juz jest tylko z gorki. Dochodzimi do wioski przed czasem, rozliczamy sie z naszym Mula Managerem, dajemy mu zarcie na powrot, napiwek, a nawet oferuje mu swoje spodnie – zabiera je z ochota. Mial jednak ochote na karimate i moja latarke, ktora chociaz stara zawsze wzbudzala wielkie zainteresowanie u miejscowych, dlatego, ze mozna ja zalozyc na glowe. Karimate nawet chcial ode mnie kupic, widocznie ma dosc spania na dworze, albo chce ja wypozyczac turystom. Nie moglem mu jej jednak sprezentowac, bo przeciez jeszcze dluga czesc wyprawy przede mna. Biore jego adres i telefon i tak sie konczy ta niesamowita przygoda. No moze nie do konca, bo pozostaje jeszcze Machu Pichcu, ale to glownie Anny atrakcja, dla mnie trekking sam w sobie byl o wiele bardziej wyczekiwana i porzadane czescia tej przygody. Co jeszcze jest ciekawe to podejscie miejscowych do naszego wspolnego podrozowania. Nikt nigdy nie mogl uwierzyc w to, ze nie jestesmy malzenstwem a nawet para. Dla nich jest po prostu nie do pojecia, zeby chlopak z dziewczyna podrozowali na zasadzie kolezenstwa i zeby nie laczyly ich glebsze relacje. Zawsze sprawialo mi wiele radosci obserwowanie Anny, ktora z zaklopotanmiem musiala odpowiadac na wszelkie tego rodzaju pytania.

Acha i jeszcze nie napisalem o bardzo waznej rzeczy, ktora nakrecala nas na trekkingu. Otoz, ktoregos razu Anna oznajmila, ze jest completly dead, jednak zaraz dodala, ze kiedys gdziesz wyczytala, ze jak czlowiek jest w takim stanie, ze wydaje mu sie, ze nie da juz rady zrobic nawet jednego kroku, to w rzeczywistosci ma ciagle 80% poczatkowej energii. Dlatego od tamtej pory, w chwilach trudnych zawsze sobie powtarzalismy - Come on, you have still 80%!!!

RUINY CHOQUEQUIRAO

Tak to z grubsza wygladalo, choc zdjecia z tego miejsca wyszly mi wyjatkow kiepsko.






Lucas nic mi praktycznie o nich nie wspominal, wiec prawie je pominalem, bowiem drugi dzien trekkingu okazal sie prawdziwa masakra i Anna byla na tyle wykonczona, ze nie miala sily kontyunuowac podejscia pod ruiny. Sam po zjedzeniu obiadu sie rozleniwilem i rozwazalem opcje rezygnacji. Jednak wrodzone skampstwo w polaczeniu z tym, ze juz wczesniej zakupilem bilet na zwiedzanie tych ruin spowodowaly, ze podjalem decyzje o wyjsciu. Zaczalem nasmiewac sie z Anny i jej slabosci, ze i ta w koncu ulegla i postanowila wybrac sie ze mna. Okazalo sie, ze moja decyzja byla najlepsza jaka moglem podjac. Mielismy cale ruiny tylko dla siebie. Aby do nich dotrzec, trzeba dwa dni zasuwac przez Andy, niewielu turystow sie na to porywa. Juz sporo ruin widzialem i generalnie za nimi nie przepadam, jednak te sa ponad wszystko wyjatkowe. Powalaja czlowieka na kolana, dla mnie sa zdecyzdowanie najpiekniejszym miejscem jakie widzialem na tej wyprawie i obawiam sie, ze juz nic ich nie przebije. Leza na 4000m., mozecie sobie wyobrazic z jakim rozmachem Inkowie budowali i jaka fantazje mieli owczesni architekci. Widoki ktore sie z tych ruin roztaczaja naleza do najpiekniejszych jakie kiedykolwiek widzialem. Kompleks jest ogromny. Ciekawostka jest to, ze z powodu braku pieniedzy, w znakomitej wiekszosci porosniety dzungla, gdyby go odslonic w calosci, to wyobrazni brakuje jakby to musialo wygladac. Jeszcze nie widzialem slynnego Machu Pichcu, ale watpie, zeby mi sie podobalo bardziej. To co tu zobaczylem jest naprawde powalajace. Moze tez dlatego, ze tak bardzo kocham gory i przestrzen. Anna tez jest pod ogromnym wrazeniem tego miejsca. Jestem zdziwiony, ze nie ma turystow. Pytam sie Mula Managera, ktore ruiny sa ladniejsze, czy te w Machu Pichcu, czy te tutaj. Odpowiada, ze nie wie, bo nigdy nie byl w Machu Pichcu, ale ze jego koledzy, ktorzy widzieli slynne MP uwazaja, ze Choquequirao jest ladniejsze. W ogole mnie to nie dziwi. Musze nawet przynac, ze to miejsce zrobilo na mnie wieksze wrazenie niz sam Angkor Wat. A w ogole, to rozmawiam z Mula Managerem o samochodach, ten chwali Toyoty, ja potwierdzam, ze swietnie sprzety i mowie, ze w zeszlym roku bylem w Kambodzy, ze tam nie ma praktycznie w ogole asfaltu i ze ponad 90% tam jezdzacych samochodow to Toyoty. A ten sie pyta, czy Kambodza to wioska.

Te zdjecia, ktore tutaj zamieszcze sa specjalnie dla Pauliny, bo to míejsce jest magiczne.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Poczatek Treku!

A zaczelo sie wszystko od tego, ze musielismy wstac bardzo wczesnie rano. Wychodze zatem z hotelu z plecakiem ciezszym niz na wyjazdy stopem w czasach studenckich, kiedy potrafilem na miesiac zabrac jedzenie ze soba. Podchodze do taksowkarza, po krotkich targach ustalamy cene za jaka zawiezie nas na Terminal autobusowy. Facet chwyta migiem plecak Anny i pakuje do bagaznika. Jestem bardzo ciekaw jak zareaguje na Ciezar mojego plecaka. Odwracam sie do niego plecami, ten lapie moj plecak od dolu, ja szybko uwalniam sie z szelek i widze jak koles tanczy po chodniku pod ciezarem mojego plecaka. Wzbudza tym niemale zeinteresowanie wsrod pozostalych taksowkarzy. Kiedy wreszcie udaje mu sie umiescic moj plecak w aucie, Anna tlumaczy mi, ze do gapiacych sie takswowkarzy rzucil na wytlumaczenie, ze wywoze z Cuzco cale zloto Inkow!!! Tak sie zatem zaczela ta przygoda.

Anna podziwia krajobrazy za oknem, ja spie w autobusie, budzi mnie kiedy wyjmuje aparat z mojego plecaka. Odrazo widze entuzjazm na jej twarzy, zeby ja nieco ostudzic, zaczynam opowiadac jakie trudnosci nas czekaja podczas trekkingu, szczegolnie roztaczam czarne wizje nad mozliwoscia zagubienia sie. Mowie, ze bedziemy musieli szczegolnie na siebie uwazac, bo nie mamy przewodnika. Anna wyraznie posmutniala, jednak po jakis 5 minutach puka mnie w ramie i zupelnie powaznym glosem oznajmia, ze musimy kupic 5 km sznurka i przywiazac go do nogi Mula Managera, przeciez niemozliwe jest, zeby wyprzedzil nas o wiecej niz 5 km. Musze przynac, ze tym pomyslem ustawila mi dzien, ktorego do konca juz nic nie bylo w stanie popsuc.

Na miejscu okazalo sie, ze nie jest wcale latwo znalezc Mula Managera za cene, ktora podal nam Lucas. Ceny poszly w gore, dlatego wytezylem swoje wszystkie zdolnosci negocjacyjne, zeby i tak ostatecznie poniesc czesciowa porazke. Jednak zrzucam to na karb tego, ze moim tlumaczem byla Anna, czyli osoba, ktora najchetniej odrazu powiedzialaby ile ma pieniedzy przy sobie i bez targowania zapytala ile to bedzie kosztowalo. Ostatecznie wyposrodkowalismy cene i dokonalismy wyboru. Anna byla czesciowo tylko zadowolona, bo patrzy na goscia i mowi, z jednej strony dobrze bo maly, to bedzie malo jadl, ale z drugiej strony gosc nie jest stara, wiec bedzie szybko chodzil. Nie komentowalem juz tego, bo przeciez nie od dzis wiadomo, ze kobiecie nie dogodzi

Dobry numer byl jak sie wybralismy z Mula Managerem na zakupy. Pytam sie goscia co bedzie jadl przed 6 dni trekku, to mu to kupie. Facet bierze z polki 6 zupek chinskich, dwie oranzadki w proszku i cztery kaszki mleczne na sniadanie. Jestem pelen podziwu dla niego, bo przeciez caly czas w plecach czulem to zarcie, ktore my kupilismy dnia poprzedniego. Dopiero podczas trekku okazalo sie jak przesadzony byl moj podziw. Gosc byl caly czas glodny, a jadl duzo wiecej ode mnie!

W ogole to na poczatku bylem nim z lekka mowiac rozczarowany, bo bardzo wolno zabieral sie do tematu organizowania wyjscia, a czasu bylo niewiele. Wreszcie poprzez niechetnie tlumaczaca Anne, moich coraz to bardzie ostrych komentarzy jego poczynan, facet zaczal ogarniac temat. Dobra byla historia z Anna, atora nie miala karimaty. Chciala ja pozyczyc od goscia. Okazalo sie ze ten jej nie ma i zaproponowal jej koc, ktory caly czas lezy na mule w czasie trekku, ale w nocu mu jest niepotrzebny, wiec chetnie go jej odstapi. Anna z lekka zafrasowana mina zaakceptowala propozycje. Ja tej calej historii nie skumalem, ale czujac ze cos jest nie tak. Poprosilem o tlumaczenie, kiedy ta mi wylozyla co i jak, juz nawet nie mialem sily sie smiac, ale karimata szybko sie znalazla.

Sami nie moglismy uwierzyc w to, ze wreszcie ruszamy na ten trekking. Napchalismy sobie usta liscmi koki. Nasz Mula Manager zatrzymal sie przy ostatnim sklepiku na wylocie z wioski na kubeczek chichy, nie wiem czy poprawnie to pisze. Tez nie moglismy sobie odmowic tej przyjemnosci. Jest to napoj alkoholowy, nisko procentowy, w malych ilosciach bardzo dobrze smakuje. Jednak nie jestem jego fanem. Mialem juz nawet okazje obserwowac jak sie go przygotowuje. Jest to bardzo tani napoj, wiec u miejscowych cieszy sie niebywalym powodzeniem.

Na poczatku trekku tempo mielismy zabojcze. Nawet muly nie byly nas w stanie dogonic. Jednak z czasem slablo, a pod koniec dnia muly oczywiscie nas przegonily. Widoki naprawde zapierajace dech w piersiach. Anna jest wykonczona ale szczesliwa. Poza postawieniem namiotu trzeba sie wziac za gotowanie. Mula Manager stwierdza, ze w calej jego karierze jeszcze nie spotkal zadnego bialego, ktory by gotowal na zywym ogniu podczas trekku a nie na gazie. Pyta sie Anny gdzie sie nauczyla rozpalac ognisko.

Anna jeszcze mnie uraczyla historia o swoje kolezance z Boliwii, ktora pracuje w jednym z Parkow Narodowych. Pewnego dnia jeden miejscowy w dowod swojego uczucia przyniosl jej w podarunku swinie. Ta nie mogla jej nie przyjac bo tak nie wypada, pozostalo jej tylko wytlumaczyc biednemu amantowi, ze nie jest w jej typie. Tak tak, Panowie, tak sie tutaj wyznaje prawdziwe uczucie, a nie tam jakies lody, czy kawa!!!

środa, 5 sierpnia 2009

Zdjecia z Trekkingu!

Kaktusiki tutaj rosna spore!Dookola caly czas gory, w przeroznym wydaniu.

Pakowaniue mulow, a doklanie jednego mula i jednego konia, ale o tym, ze to nie sa dwa muly dowiedzialem sie dopiero przedostatniego dnia trekkingu.


Zaraz ruszamy na trekking.





Trekking

Okazalo sie, ze wszyscy prawie zawiedli ale udalo sie zrealizowac ten trekking. Lukasz przestrzegal mnie tysiac razy, ze bedzie ciezko, ze trekking jest masakryczny, szczegolnie jak zbieralem ludzi na wyprawe mialem ich przed tym przestrzegac. Znamy sie z Lukaszem jak lyse konie i wiem jak bardzo nie lubi sie wspinac i ze nie przepada za lazeniem, wiec przypuszczalem, ze jest duzo przesady w tym co mowi. Okazalo sie, ze nie bylo ani krztyny. Trekking jest masakrycznie ciezki, sam mialem z nim nie maly klopot, choc kocham gory i sporo juz po nich chodzilem. Najwieksza trudnoscia jest wysokosc, bowiem w wiekszosci przebywa sie na 4000 m, sa dwie przelecze po drodze, jednak na 4600 i druga prawie na 5000 m, to w polaczeniu z duzym wysilkiem spowodowanym codzennym limitem przebiegow powoduje spore zmeczenie. Do tego dochodzi bol glowy, nudnosci, nieregularne i raczej slabe posilki, zimno albo ekstremalne cieplo, permanentny brak prysznica, cieplej wody, czy nawet kibla. Musze przyznac, ze Anna mnie bardzo pozytywnie zaskoczyla, niewiele spotkalem tak twardych kobiet jak ona. Zniosla to praktycznie bez narzekan, a miala na co narzekac, bo czwartego dnia jakby wszystkiego bylo malo dopadla ja biegunka. Jednak na pewno warto bylo, widoki, spotkani ludzie, czy zebrane doswiadczenie wynagrodza trud poniesiony podczas tego przedsiewziecia.