piątek, 27 sierpnia 2010

Fotorelacja z naszej traski przez Andy!

Widoki sa caly czas mniej wiecej takie, albo lepsze.

Nasz konik z bagazami czasem nie mial latwo. Ten na zdjeciu to jednak nie nasz konik, tylko sfotografowany przeze mnie przypadkowy mul na przejsciu zniszczonego fragmentu szlaku do Tingo.
A to juz most w Tingo.
Corka naszej gospodyni!
Nocleg pod gwiazdami
Robotnik pracujacy na drodze wyjmuje z worka laski dynamitu!
Przydrozna osada

Babka przy drodze korzysta z okazji, ze trwaja roboty drogowe i handluje pomaranczami. Cena jest zabojcza, jednego sola za 10 pomaranczy. Nasz przejazd kosztuje 35 soli, latwo wiec policzyc, ze kobieta musi sprzedac 350 pomaranczy, zeby mogla sie udac do tej miejscowosci, do ktorej teraz zmierzamy.
Miejscowe dzieciaki nie wygladaja jednak na zmartwione!
Tutaj posilek kosztuje 3 sole, tyle samo butelka wina, ktora stoi na stole.
A to wrak samochodu, jego pasazerowie mieli nieco mniej szczescia niz my:(
Ciezko jest oddac klimat trasy na zdjeciu, mam nadzieje, ze lepiej to bedzie widac na filmie, ale wyglada to mniej wiecej tak jak ponizej.
Tutaj ludzie podrozuja nawet w lukach bagazowych. Sa to jedne z lepszych miejsc. Jednak nie do konca, bo na takiej gorskiej drodze trzesie niesamowicie, poza tym, w takim luku jest strasznie duszno.
A to jednak z uliczek w gorskiej wiosce!

Wywiad w drodze - Szymon Kochanski!

1. Trzy kraje bez których nie wyobrażasz sobie podróżowania?

Polska, bo od tego się zaczęło. A szczególnie polskie góry. Beskidy, Bieszczady, Karkonosze. Przemierzone od schroniska do schroniska, z plecakiem na plecach i ze Stachurą i SDMem na uszach. Manowce, wrzosowiska, lasy. Piwko na szczycie, nieziemskie widoki na świat i zaduma.

Iran, za to niesamowite uczucie, gdy w 2005 roku przekroczyłem sam granicę z Turcją i… musiałem sobie poradzić. Za niespotykaną nigdzie indziej życzliwość ludzi, którzy zapraszają cię na obiad, herbatę, wożą samochodami, płacą za bilety. Za fajkę wodną na dachu w ciepłą noc pod rozgwieżdżonym niebem. Za spanie na dziedzińcu meczetu i uspakajający gest strażnika “tak możesz tu być, nic ci tu nie grozi”, gdy jego obecność wyrwała mnie ze snu.

Indie, które uderzają ciebie ścianą gorąca jak tylko wysiądziesz z samolotu. A potem zaczyna się prawdziwa jazda. Masa ludzi, zwierzęta, śmieci, riksze. Rzeczywistość całkowicie odmienna od wszystkiego co znasz. Pielgrzymi w pomarańczowych szatach jeżdżący pociągami bez biletów. Kobiety w kolorowych sari. Bałagan, chaos, ktoś stawia ci kciukiem czerwoną kropkę na czole. I ty w tym wszystkim.

2. Co jest dla Ciebie najważniejsze w podróżowaniu?

Nabranie innej perspektywy do świata i siebie. Bo współczesny świat wypacza spojrzenie na to jak świat naprawdę wygląda. Przyzwyczailiśmy się do tego, że kupujemy trampki made in china. Jednak często zapomina się, że te kraje, to nie tylko produkty, to ludzie, ulice, sklepy, życie. I najcudowniejsze jest to poczucie, że zbliżyłeś się do czegoś prawdziwego, że uczestniczysz w czymś i jesteś tego częścią. W przepełnionym autobusie w Indiach dzieciak zasypia ci na kolanach. Albo gnasz wynajętą taksówką przez pustynię w Iranie, a z zacinającej się płyty leci “Nas niedogoniet” Tatu. W takich chwilach łzy cisną mi się do oczu i czuję, że to właśnie dla takich chwil to wszystko.

Ważni są również spotkani po drodze ludzie, którzy często są natchnieniem, lekcją innego spojrzenia na świat, dowodem na to że można wyjść poza utarte ścieżki i robić ciekawe rzeczy.

3. Jak długo się przygotowywałeś przed wyprawa?

Przed pierwszymi podróżami przygotowywałem się bardzo. Przed Iranem czytałem blogi podróżnicze z różnych wypraw, przeglądałem przez pół roku przewodnik, kupowałem rozmówki… Ale potem trafiłem na miejsce musiałem zmierzyć się z rzeczywistością, której nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić z opisów i zdjęć. Więc później zmieniłem podejście i przestałem się przygotowywać. Dlatego lecąc do Meksyku przewodnik zacząłem przeglądać w samolocie. Dlatego do Ameryki Południowej przyleciałem z biletem w jedną stronę i myślałem, że może pobędę tam 3 miesiące, a tymczasem jestem już 20 miesięcy. Ale to kwestia indywidualna. Ja wyrobiłem w sobie takie podejście, że nie planuję, że idę na spontan. Nie potrafię kupić biletu “dookoła świat” i zaplanować, że 3 miesiące spędzę w Am Pd, 2 w Australii i Nowej Zelandii, a 3 w Azji. Skąd mam wiedzieć czy mi się gdzieś spodoba, czy nie. A takie planowanie bardzo by mnie zniewalało. Bo uzależniasz się od dat, gnasz, bo przecież tyle jeszcze “trzeba” zobaczyć.

4. Co Cię wkurwia?

Wkurwiają mnie ludzie na podróżniczych forach internetowych, ludzie którzy ślą komentarze, dają magiczne recepty jak najlepiej przeżyć życie. Zawistni ludzie, którzy wietrzą we wszystkim spisek, siedząc na dupie narzekają na to jaka to wielka niesprawiedliwość im się dzieje, że oni nie mogą tak podróżować, bo mają samochód i kredyt na mieszkanie, a by chcieli, a taki Iksiński to może, bo pewnie ma bogatą rodzinę albo cośtam. A tymczasem mam prawie trzydzieści lat, a wciąż posiada w życiu tylko aparat, laptopa i trochę ciuchów. Nigdy nie wziąłem żadnego kredytu, nigdy nie posiadałem mieszkania ani samochodu. Ostatnio kupiłem pierwszą w życiu pralkę. Jestem posiadaczem pralki w Boliwii. :)

5. Za czym tęsknisz najbardziej?

Za koncertami na których tłum śpiewa te wszystkie piosenki na których się wychowaliśmy. I wszyscy wiedzą o co chodzi i wszyscy czują te same emocje. Za wielkimi księgarniami pełnymi czasopism, książek, albumów. Za rodziną. Za dziećmi znajomych, których nie miałem okazji zobaczyć.

Reszta wywiadu jest na blogu Szymona:

sobota, 21 sierpnia 2010

Wjazd do prawdziwego interioru!

Zaczelo sie od tego, ze Lukasz zapytal policjantow w Tingo Maria, ile zajmie podroz do Cajamarci. Powiedzieli, ze w jeden dzien da sie to zrobic. Juz teraz wiemy, ze gowno wiedza o tej trasie. Nigdy nawet do glowy im pewnie nie przyszlo, zeby sie wybrac w taka podroz. Spojrzeli na mape i powiedzieli, ze w jeden dzien da rade, bo faktycznie na mapie to tak wyglada.

Wystartowalismy o szostej rano. Prywatnym samochodem dojechalismy niezly kawal, bo az do Uchize. Stamtad udalo sie jeszcze zlapac busa do San Antonio i tutaj pies pogrzebany. Dalej nic juz nie jezdzi. A jak juz jezdzie, to tylko do nastepnej wioski. Ladujemy wiec wory na plecy i ruszamy z buta. Trasa ostra, bo droga w dzungli a jakby jeszcze tego bylo malo, to ciagle jest albo z gorki albo pod gorke. Z tymi worami robimy przerwy na 5 minut co pol godziny. Z godziny na godzine sil jest coraz mniej, a konca nie widac. Wreszcie jednak po raz ostatni w tym dniu przekraczamy rzeke i dochodzimy do malej osady Ollas. Miejscowi wlasnie maja meeting przedwyborczy. Nasza wizyta gasi wyborczy entuzjazm i rozpoczyna nowy, pt. Biali we wiosce. Okazalo sie, ze wiekszosc z nich pierwszy raz widzi turystow w tych stronach. Opowiadaja, ze kiedys jeden facet przemierzal ta trase rowerem, ale nie dawal rady i musieli cale jego toboly wpakowac na konia, lacznie z nieszczesnym rowerem.

Szybka decyzja, zostajemy tutaj na noc. Kupujemy piwko i zaczynamy normalnie oddychac. Jednak okazuje sie, ze w Ollas konczy sie droga i dalej trzeba lezc do Tingo po sciezce przez dzungle. Miejscowi, ten odcinek bez zadnego odpoczynku, w dobrym tempie, robia w szesc godzin. Wiemy, ze z naszymi plecakami, to bedzie duzo wiecej. Nic jednak innego nam nie pozostaje. Przeciez nie bedziemy zawrcac.

Rano, z brakiem entuzjazmu, ale pakujemy plecaki na plecy i ruszamy w trase. Jest cholernie goraco i cholernie ciezko. Na szczescie, w trakcie marszu Lukaszowi udaje sie zorganizowac konia od miejscowych. Ladujemy na biednego konia wszystkie plecaki. Teraz to dopiero sie fajnie idzie. Z latwoscia wyprzedzam konia i wszystkich po drodze. Ostatecznie do Tingo dochodze nawet przed czasem. Czekam na reszte, na konia i nasze plecaki. Okazuje sie, ze nic juz tego dnia nie jedzie dalej. W Tingo jest tylko jedna chata. Tam jemy obiad i idziemy spac na lake. Nocleg pod gwiazdami zapowiadal sie ekstra i w sumie taki byl. Choc na tej wysokosci odczulem zimno nad ranem.

Wstajemy przed szosta i ruszamy dalej do San Pedro. Bus kosztuje bardzo drogo, ale alternatywy nie ma. Wsiadamy do jego srodka potulnie. Miejscowi nie daja za wygrana i prawie godzine targuja sie na zewnatrz z przewoznikiem. Wreszcie ponoszac kleske wchodza do busa. Zaczyna sie jazda. Jechalem po drodze smierci w Boliwii ale musze przyznac, ze to co tutaj zobaczylem bije ja na glowe. Bus wije sie serpentynami w gore, ciagle wyzej i wyzej. Droga jest niezwykle waska. Siedze z lewej strony przy oknie od strony urwiska. Co chwile widze, ze jedziemy na krawedzi a pod nami kilkusetmetrowa przepasc. Kierowca opowiada o swoim wypadku na tej trasie. Z duma oswiadcza, ze dachowal z pasazerami trzykrotnie i wszyscy przezyli. Jak na razie, to widze taka przestrzen pod soba, ze o dachowaniu nawet mowy byc nie moze. W razie pomylki, lecimy prosto w przepasc. Jestem pewien, ze nikt z nas by tego nie przezyl. Jakby tego bylo malo za chwile mijamy wrak ciezarowki, ktora jakis czas wczesniej poleciala w przepasc - jest kompletnie roztrzaskana. Krece film kamera z mysla o tym, ze jak zginiemy, to chociaz ten film po nas zostanie. Wreszcie, wszyscy doskonale zaczynamy rozumiec cene tego przejazdu.

Jakos sie udalo, dojechalismy do celu. Miejscowi caly czas do nas podchodza i zagaduja. Sa bardzo ciekawi skad jestesmy i po co przyjechalismy. Potem pytaja o Polske, o ekonomie, o to ile sie zarabia, ile co kosztuje. Jeden pytal mnie o wszystko, lacznie z tym ile kosztuje talerz na posilek, a ile widelec. Ludzie tutaj zarabiaja srednio 500 soli miesiecznie, czyli okolo 500 zl. Z tego nie moga wiele zaoszczedzic. Jeden z lokalsow mowi, ze nie ma wakacji, bo ich nie moze miec. Przyczyna jest prosta, jak nie pracuje, to tego dnia nie je – mowi jednak o tym z usmiechem na ustach. Teraz dotarlismy do Huacrachuco, dalej mamy autobus o trzeciej w nocy. Zatrzymalismy sie w hotelu, zeby sie wykapac i naladowac baterie. Teraz bedzie coraz ciekawiej.


Przeprawa promowa przez rzeke - tak to tutaj wyglada!

Szef spi na lawce w naszym hoteliku w Ollas! (niestety byly tylko dwa lozka)
Miejscowe dziewczeta!

A to nasz konik, mam wiecej zdjec i bardzo ciekawe filmy, jednak ciegle mi zrywa polaczenie, dlatego poprzestane na tym co zamiescilem do tej pory!


środa, 18 sierpnia 2010

Wywiad w drodze - tym razem bedzie ze mna:)

Z uwagi na fakt, ze wybieram sie teraz w kompletny interior, gdzie pewnie nie bede mial dostepu do netu, postanowilem nadrobic zaleglosci i wreszcie odpowiedziec na postawione pytania.

1. Trzy kraje bez ktorych nie wyobrazasz sobie podrozowania.

Chyba nie ma takich krajow. Podrozuje glownie dlatego, zeby poznawac swiat i przezywac przygody. Poszczegolne kraje tylko utrudniaja podrozowanie. Mam oczywiscie na mysli procedury wizowe, zapelnianie paszportu pieczatkami i tego typu utrudnienia. Choc z drugiej strony podzial na kraje zwykle jest zwiazany z odrebnoscia kulturowa, ktora jest bardzo fascynujaca. Interesuja mnie glownie miejsca, w ktorych nie bylem. Te w ktorych bylem interesuja mnie znacznie mniej. Bez wzgledu na to, gdzie dany kraj lezy, czy jak sie nazwywa, jezeli w nim jeszcze nie bylem, na pewno zawsze bede chcial do niego pojechac.

2. Co jest dla Ciebie najwazniejsze w podrozowaniu.

Najwazniejsza w podrozowaniu jest sama przygoda. Nudzi mnie zycie, w ktorym siedze na tylku. Nudzi mnie monotonía dnia codziennego, codzienne lazenie do pracy, spotykanie tych samych ludzi i rozwiazywanie tych samych problemow. Przeraza mnie przeciekajacy czas przez palce.

W podrozy nigdy nie wiem co sie wydarzy jutro, czesto nie wiem nawet gdzie bede spal, gdzie sie zatrzymam, kogo spotkam. Ta wielka niewiadoma rodzi wlasnie ta przygode, ktora od dziecka mnie pociagala. Wczesniej pochlanialem ksiazki przygodowe i uruchamialem swoja wyobraznie. A odkad stalem sie na tyle dorosly, zeby wyjezdzac samemu, postanowilem wziac sprawy w swoje rece. Odstawilem ksiazki na polke i zaczalem sam ksztaltowac swoje zycie. Zapragnolem byc sam dla siebie bohaterem, byc samemu w centrum przygody i miec wplyw na kreowanie wlasnego losu.

3. Jak dlugo sie przygotowywales przed wyprawa.

Nie poswiecam na to zbyt wiele czasu, bo z reguly mam go bardzo malo. Zwykle czytam relacje z danego regionu innych ludzi. Obecnie internet jest nieocenionym zrodlem informacji, wiec z niego korzytam w dosc szerokim zakresie. Poza tym, czasem siegam po ksiazke, ktora ktos mi poleci i tak czesto nabieram inspiracji do kolejnej podrozy. Jezeli chodzi o gory, to czytam troche prasy fachowej i stamtad czerpie informacje. Uwielbiam rozmowy z ludzmi, ktorzy wybrali sie w ciekawe rejony. Jezeli dane miejsce mnie interesuje to wypytuje o wszelkie szczegoly – ten rodzaj informacji jest dla mnie osobiscie najcenniejszy. Poza tym, robie to, co wszyscy. Kupuje co mi trzeba, szczepie sie na to, co trzeba i cwicze kondycje, zeby w trakcie eskapady jej nie zabraklo.

4. Co Cie wkurwia.

Tutaj chcialbym napisac, ze nic, bo caly czas staram sie pracowac nad soba i starac sie niczym nie denerwowac. Tego nauczyl mnie w zeszlym roku pewien Peruwianczyk, ktory przezyl bardzo duzo w swoim zyciu, jest teraz przewodnikiem po dzungli i wszelkie przeciwnosci losu przyjmuje na kompletnym chilloucie. Szkoda energii na denerwowanie sie, bo to i tak, nic nigdy nie zmieni. Taka filozofia, bardzo do mnie przemawia.

Jednak jest to duzo latwiej powiedziec niz zrealizowac. Mnie najbardziej wkurwiaja, hamstwo i glupota. Te dwie rzeczy przejawiaja sie w podrozy bardzo roznie. Czasem denerwuje sie, jak przez godzine musze czekac w knajpie na zrealizowanie zamowienia. Czasem, jak place za cos, a dostaje w zamian zupelnie co innego, niz wczesniej mi oferowano. Nienawidze zlodziei i wszelkiej masci naciagaczy. Spotykam ich czesto na swej drodze i potrafie byc dla nich bardzo niemily. Poza tym, im jestem starszy, tym gorzej znosze przejazdy. Denerwuje mnie czekanie przez kilka godzin w autobusie na blokadzie, albo jak jakis miejscowy glab nie przewidzial, ze w trakcie podrozy zabraknie mu paliwa. Oczywiscie nie dostaje wtedy spazmow i nie piszcze ze zdenerowania ale potrafia mi takie sytuacje chwilowo zepsuc nastroj.

5. Za czym tesknisz najbardziej.

Tych rzeczy jest bardzo duzo. Tesknie za domem, dziewczyna, rodzina, czy przyjaciolmi. Jednak brakuje mi tez takich zwyklych rzeczy, jak chociazby wlasnego lozka, maminego obiadku, czy wyjscia na basen. Bardzo brakuje mi sportu w podrozy, szczegolnie biegania. Troche brakuje mi tez sauny, bo jestem juz od niej prawie uzalezniony. Poza tym brakuje mi polskiego klimatu, czasem polsiego lata, z zapachem skoszonego siana, a czasem polskiej zimy z chrupiacym sniegiem pod stopami. Za to, w ogole nie brakuje mi polskich newsow, polskiej prasy, radia, czy telewizji. Raczej nie tesknie za polskim jedzeniem, nie brakuje mi imprez, czy wyjsc z kolegami na piwo.

6. Jak sobie poukladales sprawy z praca, kariera, z luka w CV.

To faktycznie istotny temat. Niestety musialem sie pozegnac ze swoja praca. Dwa lata z rzedu otrzymywalem bezplatny urlop na moje wojaze. W tym roku to sie jednak skonczylo. Nie zal mi jednak tego w ogole. Z wyksztalcenia jestem prawnikiem i po powrocie zamierzam otworzyc wlasna praktyke w zawodzie, choc to wcale nie oznacza, ze bede mial wiecej czasu na wyjazdy. Przyznaje, ze w dziedzinie laczenia podrozy z zyciem zawodowym na razie idzie mi dosc slabo

7. Jak przelamac strach i obawy przed samotna wyprawa?

Jak sie nie da przelamac, to nic prostszego jak tylko znalezc sobie kompana do podrozowania. Osobiscie bylem na dwoch wyjazdach zagranicznych z ludzmi znalezionymi w necie i obydwa te wyjazdy zaliczam do bardzo udanych. Dzis jest mnostwo zakladek w necie pt. Szukam towarzysza podrozy. Wystarczy odpowiedziec na ogloszenie, badz zamiescic swoje. Potem pozostaje ustalic priorytety i wszelkie zasady podrozowania, zeby potem nie bylo rozczarowan i “vamos amigos!”

8. Od czego zaczac?

Od pierwszego kroku, potem postawic drugi i tak dalej. Na tym polega chodzenie! Z jezdzeniem jest jeszcze prosciej, bo wystarczy tylko kupic bilet.

9. Kiedy wracasz?

Ja wracam 19 wrzesnia. Nie jestem w kilkuletniej podrozy i na razie takiej w ogole nie planuje. W moim przypadku zawsze jest lepiej zapytac, kiedy znowu wyjezdzam?

10. Najbardziej nieprawdopodobna historia z twojej podrozy.

Takich historii jest wiele. Kiedys jeden gosc w Szwajcarii dal mi w trakcie podrozy wiecej kasy niz mialem przy wyjezdzie. Po prostu chcial, zeby dobrze z kolega nam sie podrozowalo. Podczas podrozowania poznaje sie wielu bardzo ciekawych ludzi, a to z nimi sa zwykle zwiazane najdziwniejsze historie. Nie mam teraz czasu na opisywanie swoich przezyc, ale jezeli ktos chce przeczytac rzeczywiscie cos ciekawego, to odwoluje go do mojej przygody z Helsinek, ktora kiedys opisalem na moim poprzednim blogu.
http://tomek-challenge.blogspot.com/2008/06/couchsurfing.html

11. Najbardziej magiczne miejsce, w ktorym byles i dlaczego.

Magiczne, mhmm. Czesto ludzie mnie pytaja, ktory kraj mi sie podobal najbardziej. Moze to nieco inne pytanie, jednak moim zdaniem, najlepsze miejsce dla mnie to takie, w ktorym moglbym mieszkac na stale. Wcale nie ma duzo takich miejsc. Trzeci swiat jest fascynujacy, ale osobiscie nie wyobrazam sobie, zebym na stale mial sie tutaj osiedlic. Bardzo podoba mi sie Francja, szczegolnie male alpejskie miejscowosci. Tam, mysle, ze zawsze bym sie dobrze czul, bo bardzo lubie francuska kulture i francuskie wino. Poza tym kocham Polske. Kocham nasze cztery pory roku, nasza roznorodnosc. Latem w wolnym czasie jezdze na ryby do schowanej w lesie lesniczowki, gdzie jestem tylko z dwojka, badz trojka znajomych. W zimie, wyjezdzam w ukochane przeze mnie Tatry, gdzie wychodze wysoko w gory, z dala od turystycznego gwaru. A na wiosne i na jesieni wyjezdzam na skalki, gdzie spie pod skala, gotuje na ognisku, chodze po jaskiniach i jest po prostu wspaniale. Moje magiczne miejsca to schronisko w Lupkowie w Bieszczadach i szczyt Koziego Wierchu. Tam czlowiek zawsze czuje, ze zyje.

12. Pytanie dowolne wedlug uznania.

Wymien trzy najlepsze ksiazki podroznicze jakie do tej pory przeczytales:

Raimond Maufrais “Zielone pieklo”

Wiktor Ostrowski “Zycie wielkiej rzeki”

Romuald Koperski “Przez Syberie na gape”

Niszczenie fabryk narkotykowych na akcji z Dirandro w dzungli!

Dzis wyruszylismy z samego rana na akcje z Dirandro, czyli policja antynarkotykowa. Wyjechalismy na zniszczenie fabryk kokainowych. Takie fabryki sa ukryte gleboko w dzungli. Jest ich tutaj bardzo duzo. Jeden z policjantow mowi, ze wystarczy isc w ktorakolwiek ze stron w dzungli, a wczesniej, czy pozniej natrafi sie na fabryke. Nie jest latwo jednak samych fabrykantow zlapac na goracym uczynku. Zawsze maja dosc silna ochrone, a poza tym wystawione czujki. Czujki to zwykli chlopi, ktorzy leniwie karczuja dzungle dookola, albo akurat zazywaja odpoczynku. Kiedy widza policyjny konwoj, to biegna do ukrytej w krzakach krotkofalowki i informuja fabrykantow o zblizajacym sie niebezpieczenstwie. Na likwidacje fabryki nie ma czasu, na zabranie towaru, czy polproduktow rowniez nie, ale zawsze jest czas na ucieczke. Nawet jezeli uda sie ich otoczyc przez policje, to i tak potrafia sie wymknac. Zwykle wczesniej przygotowuja sobie sciezki w dzungli specjalnie do takiej ucieczki. Sciezki znane tylko przez nich, wiec sciganie jest bardzo utrudnione. Poza tym, policjanci cenia swoje zycie i sami nie garna sie do tego, zeby je poswiecac. Nie zarabiaja tutaj az tak dobrze, zeby samemu rzucac sie do ryzykownego poscigu.

Z jakis 75 kilogramow lisci uzyskuje sie 1 kilogram czystej kokainy. Tutaj nie jest ona warta zbyt duzo, jest warta bardzo malo. Jeden gram bazy, czyli takiego polproduktu, z ktorego powstaje czysta koka mozna tutaj kupic za jednego sola, czyli rownowartosc jednego zlotego. Miejscowi to pala. Sama koka jest kilka razy drozsza, jednak ciagle, w porownaniu z rynkiem europejskim, bardzo tania. Cena hurtowa jednego kilograma w tym rejonie, w ktorym aktualnie jestesmy, to 4000 dolarow, wiec bardzo niewiele.

Tak jak pisalem wczesniej, najczestszym zrodlem informacji o istnieniu fabryk sa ludzie. Tzw. informatorzy zglaszaja sie na policje. Nie wszyscy z nich robia to dla pieniedzy. Czesc z nich po prostu eliminuje konkurencje, czesc ma jakis uraz do sasiada i chce wyrownac rachunki, a sa rowniez i tacy, ktorzy po prostu pragna pomoc policji.

Miejscowi glownie zyja z produkcji kokainy. Czasem sa bardzo wrogo nastawieni do policji. Do tego stopnia, ze potrafia zaatakowac nadjezdzajacy patrol. Nie zdarza sie to czesto, ale jednak sie zdarza. Policja musi unikac rutyny, na takiej akcji trzeba byc zawsze czujnym. Nigdy nie wiadomo co sie moze zdarzyc.

Szef na odprawie tlumaczy jakie beda cele i zadania do zrealizowania w dniu dzisiejszym. Rozdziela przydzialy dla ludzi do poszczegolnych ekip.
Zwyczajne uzbrojenie na patrol!
M-60 na dachu pick-up'a dla oslony przed ewentualnym atakiem.


A tak wyglada fabryka kokainy. Tony zuzytych lisci walaja sie wszedzie.
Najpierw te liscie wrzuca sie do roznych substancji chemicznych i depcze przez kilka dni w wielkim foliowym basenie. Uzyskany sok wlewa sie do oddzielnej uformowanej wanny. Tam potem dodaje sie kolejne chemikalia i zbiera z wierzchu wytracajacy sie proszek. To oczywiscie jeszcze nie proszek ale gesta substancja, ktora potem trzeba wyszuszyc i sprasowac. Tak uzyskuje sie baze. Do daleszego jej przetworzenia jest juz potrzebne laboratorium chemiczne bardziej zaawansowane. Lokalsi maja czasem w domach takie laboratoria, czasem sprzedaja sama baze, ktora jest przemycana potem do Kolumbii i tam na miejscu zamieniana w krystaliczna kokaine.
Jeden z policjantow podpala to co zostalo z fabryki!
A tak tutaj zyja miejscowi chlopi. Pomimo produkcji jednego z najdrozszych narkotykow swiata, nie ociekaja w bogactwi. Zyja bardziej niz skromnie, ale to przeciez sama podstawa wielkiej gory lodowej.
Wypala sie dzungle po to, zeby mozna zalozyc nowa plantacje koki. Liscie koki w Peru i Boliwii sa legalne, co wcale nie oznacza, ze ich plantacje tez sa legalne. Na taka platacje trzeba miec specjlane rzadowe zezwolenia. Wszelkie nielegalne sa w miare mozliwosci niszczone przez specjalne oddzialy, ktore sa tutaj tworzone tylko i wylacznie do tego celu.
Z M-60 w reku zawsze razniej!

Odwidzilismy z chlopakami jeden domek. Oczywiscie nie zastalismy jego mieszkancow, zdziwilbym sie bardzo, gdyby bylo odwrotnie.

Kolejna fabryka. Tutaj znalezlismy tyle lisci, ze musiala dzialac przez kilka ladnych lat.
A to juz prawie cala nasza ekipa.
Kiedy chlopaki dowiedzieli sie, w jakie rejony sie dalej wybieramy, podarowali mi M-16 dla ewentualnej obrony przed Swietlistym Szlakiem.


Lukasz mowi, ze jest gotowy na wszystko. Jak tak mowi, to nic nam nie pozostaje tylko ruszac w dalsza czesc naszej ekspedycji!

wtorek, 17 sierpnia 2010

Kilka fotek z dzungli!

Nie mialem wczesniej neta tak szybkiego zeby zamiescic zdjecia. Dzis jest lepiej wiec jeszcze pokaze Wam kawalem Parku Narodowego Tingo Maria.

Miejscowy chlop!
To te pajaczki o ktorych pisalem!
A tak tutaj rosna cytryny
W mojej lewej rece banany warzywne. Jak dla mnie bardzo malo atrakcyjne w smaku!
Otwor wejsciowy do jaskini Lechuzas!
A to kakaowiec. Wczesniej kakao na tych terenach pito gorzkie. Nie bylo specjalnie lubiane przez miejscowych. Dopiero Europejczycy wpadli na pomysl, ze mozna pic je z mlekiem i w ten sposob ta roslina rozprzestrzenila sie na caly swiat, jako znany i lubiany napoj.

Tutaj miejscowy 64 latek chwali sie nam swoja zwinnoscia sportowa i staje specjalnie dla nas na glowie.

Wywiad w drodze - odslona pierwsza!

Kolega Filip, ktorego mialem niewatpliwa przyjemnosc poznac w Kolumbii calkiem niedawno zaproponowal przeprowadzenie wywiadu z Polakami, ktorzy znajduja sie w podrozy. Pomysl ciekawy, bo mozna poznac ciekawych ludzi, ich spojrzenie na swiata, a szczegolnie na podrozowanie. Postanowilem sie przylaczyc. Odslona pierwsza to Kuba Fedorowicz, ktory podrozuje stopem przez Ameryke Poludniowa.

1. Trzy kraje bez których nie wyobrażasz sobie podróżowania?

To trochę dziwne pytanie.. Prawdę mówiąc nie byłem jeszcze ‘wszędzie’ (‘…ale jest to na mojej liście’ :]’) jednak wydaje mi się, że w całym tym ‘podróżowaniu’ chodzi o to, żeby odwiedzać miejsca, w których się właśnie jeszcze nie było. Oczywiście każdy z nas ma jakieś swoje ulubione miasta, pasma górskie, plaże, wioski – miejsca, które dobrze mu się kojarzą, do których chciałby wrócić, ale przynajmniej w moim przypadku, nie ma takiego kraju, bez którego nie wyobrażam sobie podróżowania… Że ‘gdzieś’ mogłoby nie istnieć. Pytanie zostało jednak postawione, więc odpowiem na nie w ten oto sposób – pierwszym krajem byłaby chyba Rumunia. Tam, kilka lat temu, pojechałem na jeden z takich pierwszych, dłuższych wypadów, który można by było określić mianem ‘backpackerskiego’. Z przyjacielem, we dwójkę jeździliśmy autostopem praktycznie po całym państwie, chodziliśmy po górach i spaliśmy na plażach. Plany modyfikowaliśmy w zależności od sytuacji, czasem kogoś spotykaliśmy kto do czegoś nas przekonywał, a czasem po prostu rzucaliśmy monetą by podjąć jakąś decyzję. Niby z określoną datą powrotu ale szukając przysłowiowego diabła tam, gdzie istniała szansa, że mógłby powiedzieć nam ‘dobranoc’.. Drugim krajem, byłoby Peru. Żałowałbym chyba, gdybym nigdy nie odwiedził tego miejsca. To było spełnienie moich wyobrażeń o podróżowaniu w Ameryce Południowej – trudno dostępne górskie wioski, jazda na pakach pickupów po zakurzonych, górskich drogach, długa Panamericana w pustynnych klimatach, którą ‘przesiedziałem’ w szoferkach ciężarówek, a do tego niesamowity folklor i kolory, których się nie zapomina. Było wszystko, o czym marzyłem, czego pragnąłem doświadczyć na tym kontynencie. I mimo, że jest to teoretycznie bardzo turystyczny kraj, to ja odnalazłem tam naprawdę dużo autentyczności. Ostatni, trzeci kraj to Polska. Gdyby nie to, że mam silne cechy ‘polskiego’ charakteru, że umiem ‘kombinować’ jak Polak, że się tam wychowałem, że miałem okazję nauczyć się tego, co umiem, spróbować się w różnych warunkach, jeździć od morza, przez jeziora, puszcze, bagna aż po góry.. Gdyby nie to, to prawdopodobnie moja podróż nie wyglądałaby tak, jak wygląda.

2. Co jest dla Ciebie najważniejsze w podróżowaniu?

Najważniejszy, oprócz własnej przyjemności, dla mnie jest kontakt z ‘lokalsami’ i choć śladowa wiedza o historii i tradycji miejsca, po którym podróżuje. Bez tego kontekstu, uważam, że doznania nie są pełne. Wiele rzeczy można przeoczyć, nie zrozumieć pewnych zachowań, popełnić jakiś błąd, który może wiele kosztować. Zauważyłem, że wielu podróżników nie przywiązuje do tego uwagi. Obchodzą ich tylko atrakcje turystyczne – zobaczyć coś, zrobić zdjęcie, móc powiedzieć, że „się było”. Dla mnie najciekawszymi atrakcjami są miejsca z dala od innych turystów, gdzie ludzie są nieprzyzwyczajeni jeszcze do ich częstego widoku. Najczęściej wtedy można doświadczyć ich gościnności, porozmawiać z nimi szczerze, zaprzyjaźnić się i dowiedzieć się o rzeczach, których nie wyczyta się w żadnym przewodniku. W obecnej podróży zacząłem sobie też cenić to, że mam czas. Że nie pędzę gdzieś na złamanie karku tylko po to, bo za dwa dni mam zorganizowaną wycieczkę w innym miejscu, a za 5 dni muszę wsiąść w samolot. Mogę zostać gdzieś dłużej, nawiązać bliższe znajomości z innymi podróżnikami czy miejscowymi i nie mam uczucia, że marnuje czas stojąc czwartą godzinę przy drodze z wyciągniętym kciukiem. Jestem wolny, może nie od wszystkiego i w zupełności, ale mając czas, rzeczywiście wiele rzeczy schodzi na drugi plan. Podoba mi się ta „wolność”.

3. Jak długo się przygotowywałeś przed wyprawą?

Nie lubię słowa „wyprawa” w odniesieniu do mojej podróży. uważam, że nie jest ona „wyprawą” i nigdy jej tak nie nazywam. Ale przygotowania oczywiście były. Pomysł o wyjeździe narodził się na trzy lata przed wyruszeniem, choć już jakieś myśli o „podróżowaniu” oczywiście krążyły mi po głowie od 15 roku życia. Pomysły z czasem się zmieniały, ale wiedziałem, że chce wyruszyć w trakcie studiów. Sporo czytałem, ale nie były to konkretne przygotowania do wyjazdu. Ten etap można by było chyba nazwać mentalnymi przygotowaniami. Właściwe preparacje zaczęły się tak naprawdę po podjęciu ostatecznej decyzji, że jadę, a miało to miejsce mniej więcej na pół roku przed opuszczeniem domu. Miałem wsparcie kolegi, z którym wyruszyłem z Polski stopem na zachód. Podzieliliśmy się w niektórych zadaniach, dzięki czemu każdy z nas miał trochę mniej na głowie. A ja w tym czasie na głowie miałem wiele innych spraw, spośród których najwięcej czasu pochłaniało mi pisanie pracy licencjackiej i zaliczenie egzaminów przewodnickich. Generalnie jednak można powiedzieć, że funkcjonowałem normalnie. Najgorętszy okres to dwa ostatnie miesiące przed podróżą. Wtedy wszystko nabrało tempa. Większość rzeczy tak naprawdę miałem już od dawna w posiadaniu, ale sporo gadżetów trzeba było dokupić – kłódeczki na plecak, nowy kompas, wodoodporne ziplacki, skarpety trekingowe, rękawiczki. Z większych zakupów to nowe buty, obiektyw do lustrzanki… Na trzy miesiące przed wyjazdem zacząłem się szczepić. Wtedy jeszcze nie wiedziałem gdzie mnie rzuci, może to będzie tak jak zakładałem na starcie Ameryka Łacińska, a może już Azja lub środek oceanu. Chciałem być możliwie najlepiej przygotowanym. Nie mając konkretnych planów niestety trzeba być bardzo elastycznym, jeśli chodzi o dobór sprzętu. Nie można wziąć za dużo ciepłych rzeczy, jeśli się przypuszcza, że większość czasu spędzi się w upałach. Z drugiej strony na morzu czy w górach bez ciepłych ubrań się nie obędzie. Plecak pakowałem kilka razy sprawdzając co się najlepiej składa, dobierając to i odrzucając tamto, próbując wybrać uniwersalny zestaw. W końcu udało się zmieścić w 18kg. Na trzy tygodnie przed „dniem 0” pozakładałem konta w bankach, zamówiłem karty płatnicze i czeki podróżne. Później to już tylko zalaminować kopie dokumentów, odebrać wizę do USA i…ruszyć. Krótko można powiedzieć, że przygotowałem się tak naprawdę trzy miesiące.

4. Co Cię wkurwia?

 
Prawdę powiedziawszy, to nic. Moja podróż z założenia miała być wędrówką w głąb siebie, chciałem poznać swoje słabości, uporać się z nimi. Odmienić swoje postrzeganie świata, poszerzyć horyzonty, spojrzeć na wszystko z innego punktu widzenia. Zgłębić nowe nurty filozoficzne i odpowiedzieć sobie na pytania – co chce robić w życiu, jak osiągać wyznaczone cele, czym się kierować w życiu. Dlatego nazwałem moją podróż ‘grandtour’, nawiązując do średniowiecznej, europejskiej tradycji podróżniczej. Po drodze poznałem kilku ludzi, którzy poprzez rozmowy ze mną otworzyli mi zupełnie nieznane wcześniej drzwi. Zainspirowali mnie, podsunęli kilka książek. W toku dalszego podróżowania, sprawdzania i testowania kolejnych poznawanych przeze mnie uniwersalnych praw, przyswajałem sobie pewną wiedzę. Dziś stosuje wiele z tych prawd na co dzień, w każdym momencie, w każdej sytuacji. Nie jestem ani oświeconym mędrcem, ani fanatykiem, ale czuje się odmieniony w jakiś sposób. Dobrze mi ze sobą, z tym, jaki się stałem podczas tej podróży. Jedną z rzeczy, którą osiągnąłem, jest umiejętność oczyszczania umysłu z negatywnych energii i myśli, jakie się w nim pojawiają. Większość w ogóle mnie nie ‘trafia’. Czuje jakąś harmonię w środku, spokój. Negatywne emocje po prostu nie służą niczemu i staram się ich unikać. Dlatego nie wkurwiam się, gdy stoję kilka godzin przy autostradzie, otrząsnąłem się szybko po rabunku w Boliwii i nie koncentruje się na tym, że w autobusie miejskim obok mnie stoi zgryźliwa babcia i depcze mi po nogach…

Jeżeli coś mnie irytuje to może jedynie to, że z turystyki zrobiono dziś nieprawdopodobny biznes. Podróżowanie jest łatwe, są hotele dla backpackerów, agencje turystyczne oferujące setki wycieczek w różne miejsca, a na ulicy w wielu miastach jest się chodzącym banknotem tylko dlatego, że ma się białą skórę i plecak na grzbiecie. Wszystko jest takie proste – masaż, ‘wyprawa’ do dżungli, lot awionetką? Nie ma sprawy, tylko zapłać. Najlepiej kartą mastercard. Z jakimś dziwnym szacunkiem i może trochę z tęsknotą słucham opowieści o starych podróżnikach, którzy jeszcze 30 lat temu odwiedzali te same miejsca, ale w zupełnie innym stylu. Nie ukrywam, że próbuje szukać swojego własnego stylu podróżowania, który byłby podobny do tego sprzed lat, ale wszystkiego nie da się mieć. Zawsze jest coś za coś. Jest Internet, który ułatwia życie, bankomaty, przewodniki. I zawsze już się jest gringo – potencjalnym klientem, potencjalną ofiarą napaści czy kradzieży. Nic nie jest czarne albo białe, ale zdarza mi się, że z irytacją patrzę na ulicznych naganiaczy oferujących mi coś po ‘specjalnej’ cenie, wołających za mną „Amigo”.. Pytanie tylko, czy bardziej ten fakt, że jestem „gringo”, irytuje mnie czy też ich?

5. Za czym tesknisz najbardziej?

Za ludźmi, których zostawiłem w kraju. Za rodziną, przyjaciółmi. Za wspólnymi wypadami w góry, na żagle, polskim browarem (ew. wódką) w dobrym towarzystwie. Za rozmowami z osobami, którym mogę powiedzieć znacznie więcej, niż jestem w stanie wyrazić w jakimkolwiek języku. Bo tu nie rozchodzi się o wiek, język czy kolor skóry. Tu chodzi o wychowanie, wspólnie przeżyte chwile, które są jakąś dodatkową płaszczyzną porozumienia. To jest to, że kiedy rzucam tekst z Chłopaki nie płaczą, Misia albo z jakiegoś innego kultowego filmu, to wiem, że zostanę tak samo zrozumiany. Tęsknie też za moimi treningami siatkarskimi, wspinaniem, skitourami. Ale nie pęka mi z żalu serce. Bo wiem, że liczy się ‘tu i teraz’ i że ‘jeszcze będzie czas’ na wszystko.

caly wywiad dostepny na blogu kuby http://mygrandtour.pl/

Jeśli podróżujesz i chciałbyś wziąć udział w tym projekcie to skontaktuj się z Filipem - http://filipontheroad.com/